Pierwszym monastyrem, który zwiedziliśmy był Sanahin w Kanionie Debed, do którego telepaliśmy się marszrutką i kolejką linową.


Nocowaliśmy w bloczyskowej kwaterze, gdzie bieżąca woda była tylko wieczorem, ale i tak nie dało się umyć, bo w wannie była woda na "czarną godzinę", a gotowało się na butli. Nasza gospodyni w jakiś magiczny sposób wyczarowała w tych warunkach całkiem dobrą kolację.
Po ciężkiej nocy na zarwanych łóżkach wybraliśmy się na wycieczkę do... monastyru Haghpat. Pani od kwatery ostrzegała przed jakimś ostrym zejściem ale jak zwykle nie daliśmy się zrazić.
Warto było się pocić bo monastyr urokliwy...
... a dla wymęczonych piechurów czekała nagroda w postaci arbuza. Co prawda nie popisaliśmy się, bo zamroczeni upałem rozłożyliśmy się w cieniu na płytach nagrobnych, o czym uświadomił nas grzecznie pilnujący przybutku pan.
W czasie zwiedzania Nela umilała sobie czas przesypując piasek.
A potem niczym Picasso w szale tworzenia ozdabiała kredą murek czekając na transport.
A to tylko początek monastyrowej sagi - reszta niebawem.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz