sobota, 27 marca 2010

Wiosna na placu zabaw

Grześ i ja wykaraskaliśmy się już na tyle z paskudnej anginy, że mogliśmy zabrać Buczysławską na powitanie wiosny. Cały tydzień faszerowaliśmy się antybiotykami i zalegaliśmy smętnie na kanapie modląc się, żeby Nela się od nas nie zaraziła.

Wiosnę najfajniej wita się oczywiście w plenerze, a to ostatnio oznacza u nas plac zabaw. Takich przybytków mamy w naszej okolicy na szczęście całkiem sporo do wyboru, a nie wszystkie jak na razie zaliczyliśmy. Nelka bardzo polubiła huśtawki i życzy sobie całkiem długo i wysoko się huśtać. Rozpoznaje je już nawet w książeczkach. W jednej z nich tak buja bohatera opowiadanka - przytroczonego na sznurku pluszowego królika, że cała książka fruwa. Ekscytują ją również zjeżdżalnie, ale na razie trzeba korzystać z nich wg. zasady jedna osoba puszcza - druga łapie, a do tego pilnować żeby panienka nie wyskoczyła w połowie zjazdu. Karuzele też się Neli podobają. Niemniej, nadal nie ma zbyt dużo instynktu samozachowawczego i nie wie kiedy się wsiada a kiedy wysiada, a oboje rodzice potrzebują na nich torebki chorobowe, więc nie namawiamy jej specjalnie do kręcenia. Na naszym "małym" placu zabaw, oprócz powyższych atrakcji tradycyjnych jest też rarytas w postaci małej ścianki wspinaczkowej, na której Nelka ćwiczyła ostatnio ekstremalne przechwyty.

Tatka-bladawiec i Nelka w plecaku.

Wystrojona w swój polarek The North Face, który Shane i Sarah przywieźli dla niej z Nepalu.

W Londyńskich parkach zakwitły żonkile.

Przy naszym lokalnym kościele jest mini plac zabaw ze zjeżdżalnią prowadzącą wprost na stare groby. Ale Nelce to jak widać nie przeszkadzało, i tak tęsknie na nią spoglądała...

... że kilka razy daliśmy jej zjechać (udało się złapać ;>).

Na "małym" placu zabaw też jest zjeżdżalnia, na którą Nelka wdrapała się prawie sama, co jakiś czas wyglądając między stopniami i szczerząc swoje zębiska.

A potem miała mały trening na ściance.

Cwiczyła też stanie i swoją nową umiejętność. Jak na razie prezentuje styl chodzenia "na ducha" - ręce lekko do góry i kiwa się na boki.

A żeby chodzić po zroszonych deszczem wiosennym chodnikach londyńskich, to trzeba mieć w czym... więc po południu kupiliśmy Neli pierwszą "prawdziwą" parę butów, a i tata coś dostał na poprawę humoru po chorobie.

Po takim męczącym i pełnym wrażeń dniu (pozwolę sobie podkreślić, że nadal bierzemy 8 tabletek penicyliny dziennie i dostajemy zadyszki wchodząc na pierwsze piętro) spędziliśmy wieczór bawiąc się ... w górnika.

środa, 24 marca 2010

Nela chodzi!

Poprzedni post był o wertykalnym wymiarze Nelkowego świata, a ten jest o horyzontalnym. Ale już nie tym przypodłogowym, przemierzanym pracowicie na 4 kończynach niczym waran z Comodo... Ogłaszamy bowiem wszem i wobec, że w wieku 11 miesięcy i 3 tygodni Miss Nela zaczęła chodzić!

Przez kilka ostatnich dni podejmowała już ryzyko 2-3 kroczków od stolika do mamy, od krzesła do tatki albo od parapetu do Kasi (ulubionej niani, o której obiecuję że niedługo napiszemy). Najlepiej jej szło gdy miała coś w rączce i zapominała, że wypuszcza się na taką ekscytującą eskapadę. Bardzo chętnie też chodziła "za palec". W zeszłą niedzielę, mimo 40 C gorączki poprzedniej nocy, przeszła tak prawie pół drogi z parkingu do domu. Nota bene, oprócz strasznie wsokiej gorączki nie miała żadnych innych obiawów, więc nadal głównych podejrzanym pozostaje ruch w interesie zębowym.

Ale co ja będę opowiadać, to po prostu trzeba zobaczyć:

poniedziałek, 22 marca 2010

Droga "fotel" w rejonie "pokój"

Zabraliśmy Nelkę na bouldery w nadziei, że "połknie wspinaczkowego bakcyla", ale mieliśmy raczej na myśli perspektywę lat a nie... dni. No i się doigraliśmy! Nelutek, podpatrując nas w Albarracin, odkryła wertykalny wymiar świata, co wobec braku skałek w Londynie, oznacza wspinanie na wszelkie sprzęty domowe - byle do góry. Dokłada nogę do ręki jak wytrawny boulderowiec i ciągnie!

A wszystko zaczęło się niewinnie pewnego wieczoru po powrocie z Albarracin.

Nelka siedziała sobie zadowolona w wannie i bawiła książeczką od Cioci Doroty z Nowej Zelandi...

Aż nagle zapragnęła wyjść!

A z wanny jak wiadomo, nie da się 'wyraczkować' jak np. spod prysznica w Hiszpanii. Postanowiła więc spróbować pokonać ją 'górą'...

Ale to wcale nie jest takie proste (pomimo chwytania krawędzi paluszkami u nóg) - wanna jest śliska i wysoka!

No a kolejnego dnia była paczka i parapet...

Regał z książkami...

Skrzynia z zabawkami...

Siedzonko...

A w niedzielę rano, pierwsza "droga" - fotel. Sami zobaczcie, że to nie żaden pic na wodę fotomontaż.

video

niedziela, 14 marca 2010

Albarracin - Jak śnieg to chyba na narty?

Nie jesteśmy specjalistami w wyjazdach z serii "narty w dziwnych miejscach", ale jak dają śnieg i budują wyciągi, a na bouldery nawet 2 pary kaleson nie wystarczą - to bierzemy i nie marudzimy. W sumie jak się tak zastanowiłam, to zaliczyliśmy w tym gatunku narty w Szkocji na wielkanoc kilka lat temu... 10 godz autobusem nocnym do Glasgow, potem jeszcze kilka godzin samochodem i prosto na stok.

W Hiszpanii, wbrew pozorom rejonów narciarskich jest sporo i to znacznie lepszej jakości niż w Szkocji. Ten nasz nazywał się Javalambre i dochodził do 2020m. Jakby człowiek tu na tydzień przyjechał to raczej by się zanudził ale na weekendowy wypad nadaje się rewelacyjnie. Warunki? Nie mam żadnych zastrzeżeń - 130 cm śniegu, trasy wyratrakowane, ludzi mało, bar tani, kilka wyciągów krzesełkowych i kilka "wyrwirączek". Gorąco polecam na dzień restowy ;>.

Góry na horyzoncie ... a hiszpanie się tu Kultu nasłuchali

"Obudź mnie jak będzie zakręt..."

A droga coraz bardziej oblodzona i górska

Niektórych najwyraźniej nie obudzili...

Sprzęt wypożyczyliśmy, ale z ubraniami narciarskimi krucho. Spodnie wspinaczkowe założone na jeansy okazały się całkiem dobrze chronić przed lodowatym wiatrem.

Nelką opiekowałyśmy się z Anią na zmianę (dzięki Aniu!!!), a Grzesiowi się upiekło.

A na deser jeszcze Nela w troszkę za dużej koszulce "albarracin", którą dostała od pana z campingu - gracias.

piątek, 12 marca 2010

Albarracin - Zwiedzanie

Tak się fajnie składa, że w okolicy Albarracin, oprócz boulderów jest też masa różnych ciekawych miejsc do zwiedzania. Nie nudziliśmy się więc w dni 'restowe', a było ich z uwagi na pogodę trochę więcej niż zakładał plan.

Nelka, która kiedyś bardzo chętnie siedziała w chuście, teraz wolałaby zwiedzać sama, czyli na czworaka. Dodatkowo, podczas spaceru po murach Albarracin wiał silny wiatr i padało, więc nie była tym zachwycona. Staraliśmy się wykazać zrozumienie i pozwalaliśmy raczkować gdzie tylko się dało... ale czasem, o zgrozo, musieliśmy przekupywać ją smoczkiem lub chrupkami i biszkoptami dla dzieci.

Albarracín

"Czy my jesteśmy w Maroku?" możnaby pomyśleć błądząc po wąskich uliczkach mediny Albrarracin. I nie byłoby to pytanie zupełnie od czapki, choć jesteśmy w Hiszpanii. Albarracin było w 11 wieku niezależnym, islamskim państewkiem Berberskiej dynastii Banu Razin. Potem przeszło w ręce chrześcijan i do 14 wieku pozostawało niezależnym królestwem, wciśniętym pomiędzy dwie hiszpańskie prowincje. Teraz przez połowę roku jest raczej wymarłe (ma jedynie 1060 mieszkańców), w okresie wakacyjnym przechodzi pod władanie rzeszy odwiedzających je turystów, a we wrześniu zamienia się w wielką arenę walk byków!

Poglądówy

Uliczki mediny

Kołatki

A kuku!


Teruel

Chociaż ma teraz prawie 30 razy więcej mieszkańców, Teruel podlegało niegdyś Berberskiemu królestwu ze stolicą w Albarracin. Miasteczko jest znane z pięknych zabytków w stylu Mudejar, który łączy elementy architektury islamskiej i chrześcijańskiej. Główne atrakcje to znajdujące się na starówce: katedra i wieże.

Starówka

Ozdóbkowe schody

Wnętrze katedry

W drodze na wieżę


Valencia

Najpiękniejszym miastem Hiszpanii Valencia może nie jest, ale ma miejsca urokliwe, które przypominają takie s'ławy' jak Oviedo czy Barcelonę (przynajmiej Ania tak twierdzi, bo my nie byliśmy). Będąc w Valencji grzechem byłoby nie zjeść narodowego hiszpańpańskiego dania - paella de mariscos, które właśnie stąd pochodzi. Nelce niestety nie przypadło do gustu ... może dlatego, że ciężko było poczuć jej smak siedząc w kłębach dymu papierosowego. Nikt tu na dzieci nie zwraca uwagi tylko odpala jednego od drugiego.

Zwiedzając Valencję wykazaliśmy się też godną pożałowania ignorancją i nie mogąc zrozumieć dlaczego ciągle wybuchają tu petardy, kapiszony i tym podobne, zapytaliśmy sympatycznie wyglądającej pary lokalsów "ale o co chodzi"? Trafiliśmy dobrze, po gębie nam nie dali... a przecież w marcu odbywa się w Valencji sławetne święto Falles! Więc przez cału luty i marzec tłuką w ramach przygotowań ;>.

A to wszystko dlatego, że... wstyd się przyznać, zapomnieliśmy wziąć do Hiszpanii przewodnik LP. Na szczęście o głównych atrakcjach przeczytaliśmy jeszcze przed wyjazdem, a na miejscu korzystaliśmy z ulotek dostępnych w informacji turystecznej lub takich map jak poniżej.

Oprócz tradycyjnych map-bilbordów, dla osób niewidomych przygotowano makiety, które można dotykać oraz opisy w alfabecie Braille'a.

Starówka

"Chodźmy nad rzekę!"... ale gdzie jest woda? Coś co wyglądało na rzekę... okazało się być miejskim parkiem z boiskami do gry w piłkę nożną. Dopiero po przyjeździe do Londynu doczytaliśmy, że w następstwie dużych powodzi przesunięto koryto rzeki Turia już w latach 60.

A oto piękne mundurki marynarskie czyli lokalne wdzianka komunijne.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...