Obsługa lotniska nie była tak pomocna jak na naszym Heathrow, ale jakoś przebrnęłyśmy ze wszystkimi tobołami (trochę dobytku nam w USA przybyło, hehe). Bawiąc się na kocyku przed wejsciem do samolotu poznałyśmy pana jogina, który opowiadał nam jak to wychował 9-kę swojego rodzeństwa, bo rodzice pracowali w fabrykach na 2 zmiany. Jak ja lubię podróżówać :).
Lot miałyśmy bardzo dobry, kapitan tak sprawnie kierował maszyną, że Nela przespała start! Podczas lotu kilkoro dzieci z 'sąsiedztwa' przychodziło do nas w odwiedziny i razem zabawialiśmy Nelkę piosenkami. Towarzystwo tak się u nas zadomowiło, że jak wyczerpały się piosenki to bawiliśmy się w "a ile jest 7 minus 5" i tym podobne, czułam się jak samolotowa przedszkolanka.
W Londynie Grześ powitał nas pięknym bukietem róż :). Specjalnie przez tydzień się nie golił (Buczek preferuje tatę z kilkudniowym zarostem i bywało, że płakała jak się ogolił:>) i Nela od razu go poznała. Za to Grześ nie mógł uwierzyć jak córeczka się zmieniła i wydoroślała. A jeszcze na parkingu spotkaliśmy znajomych z samolotu, którzy chwalili Nelkę za wzorowe zachowanie podczas długiego i męczącego lotu.
Pan jogin zobawiał Nelkę podczas gdy mama sprzątała po śniadaniu.
