środa, 3 listopada 2010

Turcja - Kaloryfery na południu

Naszą 2-tygodniową podróż po Turcji zaczęliśmy od części sportowej. Ciężko sobie wyobrazić bardziej idealne miejsce do wspinania niż Geyikbayiri, no może z wyjątkiem nazwy... bo ani wymówić ani zapamiętać. Malownicze góry położone są niecałe 40 min jazdy samochodem z lotniska w Antalyi. Miły pan Mustafa z campu odebrał naszą trójkę i dowiózł za 40 EUR, taksiarze podobno nie schodzą niżej 45, a transportem publicznym + stopem telepać się trzeba ponad pół dnia. Na miejscu czekał klimatyczny aczkolwiek kamienisty camp (Grześ miał chyba najbardziej nierówne miejsce do spania w historii naszych wyjazdów) , przytulna knajpka serwująca całkiem dobre jedzenie, a wszystko to obsługiwali przyjemni choć z lekka skołowani ludkowie przeróżnych narodowości. Okazali się być niezwykle pomocni, gdy w następstwie zbyt bliskiego spotkania mojego lewego oka z gałęzią drzewa, próbowaliśmy znaleźć jakiś szpital. Wszystko skończyło się na szczęście dobrze, a oprócz oględzin oka próbowano mi sprzedać operację laserowej korekcji wzroku :).

O samym wspinaniu zbyt dużo nie mogę powiedzieć, bo moja noga nadal nie nadaje się do takich aktywności, ale z moich obserwacji wynika że: skała jest bardzo różnorodna, szara, żółta, pomarańczowa, podobnie chwyty - są krawądki, dziurki, oblaki, nacieki i kaloryfery. Dróg mnóstwo i raczej nieźle obite.

Ekipa w komplecie - Tom, Ada, Emma, Rob, Milos, Grześ i Nela, na zdjęcie nie załapała się cała armia pętających się po campie kotów-pchlarzy.

Pod koniec 4 dniowego pobytu w skałach obudziła nas powódź, ale w naszym namiocie na szczęście było sucho. Tego samego nie mogły powiedzieć sąsiadujące z nami miłe Dunki i rano w akcie desperacji ryły znalezionym kijem rowy melioracyjne odprowadzające całkiem pokaźne jeziorko z przedsionka namiotu.

Czekamy aż przestanie padać. Nela na razie nie ma ani krzty refleksu. Zupełnie do niej nie dociera, że po lecącą piłkę trzeba wyciągnąć rączki. Niemniej po odbiciu piłki główką rechocze się na całego. Pochwalę ją tylko, że choć łapanie niet to odrzucić już umie.

Emma męczy się straszliwie już przy drugiej wpince na drodze 6a, która po dokładniejszym przeanalizowaniu przewodnika okazało się być 8a :).

Milos w natarciu. Psychę ma, technikę ma, siłę ma, wytrzymałkę ma...

Nelka też powyższe ma więc jak zwykle próbowała swoich sił.

Grześ walczy i obłapia ulubione kaloryfery pomimo braku połowy paznokcia na środkowym palcu i sikającej krwi. Brrrr.

A niektórzy się lenią...

Albo śpią mimo iście madejowego kamienistego łoża.


Oprócz spania, jedzenia i wspinania, podstawowym rodzajem aktywności niektórych istot w skałach jest kopanie w piachu lub ziemi. Przy czym elementem koniecznym jest wcieranie go sobie w różne części garderoby oraz włoski. Zestaw: spodenki, koszulka, body i buciki przez 40 minut szorowania w gorącej wodzie nadaj wydzielał rdzawe błoto.

Towarzystwo skałkowe: modliszka i eks-wąż.

3 komentarze :

  1. no nie! wy znowu na wyjeździe!

    OdpowiedzUsuń
  2. No i kto to mówi ;>, jakbyście wy właśnie nie wrócili ze stanów!!!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...