Ze wspomnianym aktem urodzenia to wogóle były przygody - najpierw pani urzędniczka w Piasecznie okiem znawcy zlustrowała angielski oryginał i węsząc podstęp zawyrokowała "czy tu nie powinno być czasem jakiejś pieczątki, hę???" Jak już panią przekonałam, że nie we wszystkich państwach świata ostemplowują dokumenty od góry do dołu na przemian ze znaczkami skarbowymi to okazało się w angielskim akcie zamiast Londynu jest wpisana również dzielnica - Lambeth, i musimy napisać specjalne podanie, żeby jednak w Polskim figurował Londyn. Mielismy też ambitny plan załatwić Neli paszport 5-cio letni, ale na chceniu się skończylo. Zrobiliśmy nawet zdjęcia, mimo widniejącego na czole naszego dziecięcia wielkiego fioletowego guza, który akurat tego dnia nabił się jak "samolot" zderzył się z wieżą z klocków (pilotował Grześ).
Ale koniec tej dygresji, nie o aktach tu chciałam tu napisać a o spacerach. Gdy tylko nadarzała się okazja, albo gdy goście dali się namówić na spacer zamiast pogaduch przy stole - wyskakiwaliśmy do lasu kabackiego, kampinosu czy chociaż na starówke, żeby trochę się przewietrzyć.
Początkowo śniegu nie było.