poniedziałek, 1 października 2012

Nepal - Trek Poon Hill

Z Bastkiem i Marysią podróżować lubimy od dawna, a w miarę pojawiania się na świecie kolejnych maluchów, jeździmy coraz większą grupą. Wspólny wyjazd do Nepalu był więc idealną okazją, żeby wybrać się na dłuższy trekking, który marzył nam się już od czasów podróży do Armenii. Dla naszej ekipy, złożonej z 4 rodziców i już 4 dzieciaków w wieku od 10 miesięcy do 3.5 lat, szukaliśmy szlaku który nie przekraczałby bezpiecznej dla małych dzieci wysokości, ale jednocześnie oferowałby ciekawą trasę, miał bazę hotelików i restauracji, widoki na ośmiotysięczniki i trwał nie więcej niż 5-6 dni. Trochę wymagań mieliśmy :). Szczęśliwie, takim właśnie szlakiem okazał się być wyszukany przez Bastka Poon Hill Trek, który łączy się ze sławną pętlą wokół Annapurny i trasą prowadzącą do Annapurna Base Camp.
W sumie przez 5 dni przeszliśmy 51 km, w tym do góry i w dół około 2300 m. Najwyższy punkt szlaku miał 3200 m.n.p.m. Na tytułowy Poon Hill nie weszliśmy ze względu na kiepską pogodę (chmury).

Nasza ekipa z Annapurną przesłoniętą chmurami w tle - trochę brudni, trochę zmęczeni, ale bardzo zadowoleni.
 

Tragarzy i przewodnika wynajęliśmy w poleconej agencji w Kathmandu, ale sami nie wiemy czy nie lepiej poszukać lokalnie w Pokharze? Od przewodnika wymagaliśmy bowiem dobrej znajomości czasów przejścia poszczególnych etapów, a tę umiejętność oceniamy u naszego Mr Shi na 2/5 gwiazdek. Podobnie w opracowywaniu planu B, gdy Janka była chora, nie był w stanie wykazać się myśleniem jak możemy zmodyfikować trasę. Na samym szlaku nie sposób się zgubić, jest świetnie przygotowany.


Ponieważ sami nieśliśmy na plecach dzieci, do transportu rzeczy wynajęliśmy 3 tragarzy. Którzy to natychmiast pogardzili opatentowanymi systemami super hiper air control w naszych 3 plecakach i zamontowawszy konopne sznurki nosili nasze bagaże zawieszone na głowach. Nie wyglądało to zbyt wygodnie, ale to w sumie ich sprawa...



Restauracji i skromnych hotelików jest na trasie mnóstwo, więc nie ma problemu z modyfikacją planu ani znalezieniem zakwaterowania. Warunki do gotowania są czasem ciężkie, więc po zamówieniu należy uzbroić się w cierpliwość :).



Co do widoków, mieliśmy trochę pecha do pogody, ale udało nam się zobaczyć między innymi masyw Annapurny (8091 m), Dhaulagiri (8167 m) i święty, dziewiczy szczyt Machhapuchhre (6993 m). Poza tym wędrowaliśmy wśród ryżowych pól i malowniczym lasem rododendronów gdzie szlak prowadził przez liczne strumienie.

A jak nasze dzieciaki poradziły sobie z wysokością, zmiennymi temperaturami i paparrazi? Już w następnym wpisie!

sobota, 29 września 2012

Nepal - "Graflok mieszka na Himalaju"

Po kilku godzinach emocji w kolorowym nepalskim autobusie dojechaliśmy dziś z Chitwan (gdzie dosiedliśmy słonia i widzieliśmy nosorożca!) do Pokhary, skąd jutro rano wyruszamy na trekking w Himalajach. Oczywiście nie zasadzamy się na zdobywanie niedostępnych, zaśnieżonych szczytów, ale chcemy przejść jeden z łatwiejszych dostępnych tu szlaków - Poon Hill Trek. Trzymamy teraz kciuki, żeby przewodnik i tragarze, których w połowie już opłaciliśmy w Kathmandu, raczyli pojawić się w umówionym miejscu :). Nasi przyjaciele z New Delhi - Marysia i Bastek z dzieciakami, dołączą do nas wieczorem więc nasza karawana będzie prezentowała się następująco: 4 dorosłych z dziećmi na plecach, 3 tragarzy niosących nasze plecaki i przewodnik.

Większość z Was wie, że nasza Nela ma ulubionego bohatera książeczki, niejakiego Gruffalo (którego przechrzciła Graflokiem), który zawsze jest "o jeden" lepszy. Czego by człowiek nie robił, może być pewny, że owy Graflok robi to lepiej, jest silniejszy, wyższy, bardziej uzdolniony, ma więcej paszportów (5), więcej je, nosi etc. Więc jak tylko Nela dowiedziała się, że jedziemy w Himalaje, najwyższe góry na świecie, bez wachania poinformowała nas, że "Graflok właśnie mieszka na Himalaju". Poszukamy, może go spotkamy? 

W buddyjskiej świątyni Bodhnath ofiarowałysmy z Nelą świeczkę w intencji udanego trekingu :).



Przez kolejnych 5 dni nie będziemy mieli dostępu do internetu. Odezwiemy się po powrocie do "cywilizacji".

wtorek, 25 września 2012

Nepal - Smog w Kathmandu


Nie myślałam, że przeżycie szoku kulturowego wjeżdżając dokądkolwiek z Indii jest wogóle możliwe, ale cały dzień spędziliśmy dziś z rozdziawionymi gębami plącząc się po zaułkach Bhaktapur w Nepalu i nie wiedząc w co aparat włożyć. Gdzie nie spojrzeć - potencjał na fotkę z okładki NG. Co jakiś czas szczypaliśmy się w rękę mając wrażenie, że jesteśmy w jakiejś innej rzeczywistości - Nepal jest tak różny od wszystkiego co do tej pory widzieliśmy! Bardzo, ale to bardzo nam się tu podoba, mimo, że przez 50% czasu nie ma albo prądu albo cieplej wody :0.

Oprócz zabytków, Kathmandu zaskoczyło nas nieprawdopodobnym hałasem i zapyleniem, a zawsze kojarzyło nam się z miasteczkiem a la Zakopane. Okazało się, że z Krupówkami nie ma nic wspólnego, a o wdechu świeżego powietrza można jedynie pomarzyć. Jednym z podstawowych elementów wyposażenia katmanduńczyków jest maseczka zakrywająca nos i usta. Widoków również nie ma, za duży smog i chmury. Może bardziej poszczęści nam się na trekingu?
 



niedziela, 23 września 2012

Indie - I ty możesz zostać gwiazdą... w Delhi


"Tylko nie myślcie, że to są prawdziwe Indie" przywitał nas Bastek po wyjściu z lotniska w Delhi, które rzeczywiście wygląda dość nowocześnie, czysto i porządnie. Zbudowane je przecież dopiero 2 lata temu! Prowadządca do niego kilkupasmowa droga mimo takiego samego młodego wieku, ma już bardziej indyjski charakter i indyjską jakość. Nie licząc królujących tu szalonych kierowców trzeba omijać losowo postawione policyjne zasieki (np. na zakręcie), dziury w których spokojnie mógłby zmieścić się czołg oraz całą masę ludzi, kramów i zwierząt drzemiących przy krawężnikach jakby nigdy nic. Mieszkający w Delhi od 2 lat Bastuszka w swoim indyjskiej terenówce 4x4 czuje się tu jak ryba w wodzie, trąbi jak rasowy hindus i wymija pędzące pod prąd rowerowe kyksze o milimetry.

Prawdziwe Indie są na szczęście nieopodal, więc już w ciągu dwóch pierwszych dni mogliśmy nie tylko zwiedzić niesamowite zabytki z list UNESCO i hałaśliwe Stare Delhi ale i poczuć się jak Brat Pitt i Angelina. Wyjazd do Indii z dwojgiem niebieskookich i jasnowłosych małych dzieci to jeden z najlepszych sposobów żeby zwykły szary człowiek mógł poczuć się prawdziwą gwiadą. Oczywiście nie ja czy Grześ jesteśmy powodem popularności. Ciekawe kiedy Nela zacznie uciekać na widok Hindusa z wyciągniętą do niej ręką? Na razie doświadczamy jak to jest zmieniać na kolanie pieluchę wyrywająceu się Olafowi podczas gdy pokaźny tłumek nagrywa całe zajście na komórkowe kamerki.

Tym czasem po 2 dniach wylatujemy do Nepalu, do Indii jeszcze wrócimy za 2 tygodnie jak zrobi się trochę chłodniej :).

Internet mamy wolny więc zdjęcia wrzucimy jak tylko przepustowość się poprawi.



sobota, 22 września 2012

Jedziemy do Indii i Nepalu

W duchu tego szalonego roku jedziemy na ponad 6 tygodni do Indii i Nepalu.  Wracamy 5 listopada, i zaraz potem do pracy.

Ostatnie kilka dni przed wyjazdem upłynęło nam pod znakiem kompletowania i pakowania 70 kilogramów dobytku w tym:

11 kg jedzenia w tubkach (90 sztuk)
5 kg kaszek 


Wybaczcie więc blogowe przestoje! Postaramy się coś napisać z podróży.

czwartek, 20 września 2012

Zwierzak


Trawojad 


Glonojad

  
Ziemiojad 

środa, 19 września 2012

Towarzysko i rodzinnie

Wyjazd do Polski to nie do końca odpoczynek, bo chciałoby się w krótkim czasie odwiedzić nie tylko rodzinę, ale też wszystkich naszych znajomych których "nagromadziliśmy" przez te lata. Przyjaciółki z dzieciństwa, z czasów liceum, studiów i pierwszej pracy. Nie wszystkich udało się zobaczyć, na niektóre spotkania przybywaliśmy spóźnieni o 1.5 godziny... a dzieci nieraz do późna dokazywały korzystając z okazji rozluźnionej "rutyny". Oglądając zdjęcia po powrocie stwierdziłam, że w tym ferworze aparat chyba w ogóle nie opuścił swojej torby podczas niektórych... szkoda. Tyle ma się sobie do powiedzenia po długiej rozłące a trzeba przecież ujarzmić naszą ruchliwą dwójeczkę, a częściej jeszcze trójeczkę, czwóreczkę, albo i szósteczkę dziatwy. Nieraz na zdjęcia jakoś zabrakło zapału, czasu i dodatkowej ręki.

Udało się też odwiedzić Centrum Kopernik. Wszyscy byliśmy zachwyceni i wyczerpani. 


Środę spędziliśmy na boisku Wojtka i Bartka w Wesołej.


I spotkaliśmy tam Michatka i Jankę z rodzicami! Wieczorem nie mogło zabraknąć oglądania Peppy.


Przedstawienie na Plaży w Wilanowie.


Z Julką i Kubą na działce.


Prawda że podobne?


Wizyta na wsi.


Aaaaaauuuuu. Okazało się, że przekroczyliśmy jakiś limit miejsca na zdjęcia! Ratunku!?

środa, 12 września 2012

Chrzest numer 2

Pobyt w Polsce najfajniej zacząć od dużego i wesołego rodzinnego spotkania jakim w tym przypadku był chrzest Olutka. Choć zorganizowanie wszystkiego w trybie zdalnym oraz zdobycie rozlicznych karteczek, podpisów i zaświadczeń wymagało pewnej determinacji i pomocy, koniec końców udało się i ochrzcić i świętować.     

PRAWIE wszystkie chrzczone tego dnia dzieci grzecznie siedziały na rękach rodziców...


Z racji wieku, Olaf nie dostarczał nam tak fajnych komentarzy jak Nela podczas swojego chrztu. Ale polewanie święconą wodą i nacieranie olejkami również zniósł bez głośnych protestów. Zresztą, Nela od miesięcy trenowała brata w byciu chrzczonym wylewając mu na głowę i twarz hektolitry wody z konewki podczas wieczornych kąpieli. Ciepła woda w oczach, nosie i uszach mu co do zasady nie przeszkadza, ale gdy Nela próbowała zrobić z niego morsa, spotkała się z głośnym sprzeciwem.


Nasza wesoła ławeczka: Staś, Olaf, Nela, Patrycja i Marta. Nela była zachwycona towarzystwem tylu braci i sióstr ciotecznych w dodatku mówiących po polsku :).


A dla starszej o trzy lata Patrycji, kompletnie straciła głowę.

Knajpka Cafe Spokojna okazała się być idealnym miejscem na imprezę dziecięcą. Urocze panie zabawiały dzieci lepiąc z nimi stwory z ciasta na pizze, które po upieczeniu zniknęły w brzuchach, podczas gdy my mieliśmy jakże rzadką chwilę na dorosłe pogaduchy. Poza tym była piaskownica, kredki i całe mnóstwo innych zabawek. Polecamy!

 
 
Wszystkim bardzo dziękujemy za pomoc w organizacji, przybycie i piękne prezenty!

poniedziałek, 10 września 2012

Sierpniowa Polska


Nasz 9-cio miesięczny Olaf bywał już w wielu miejscach, ale dopiero w sierpniu udało nam się wygospodarować 2 tygodnie żeby przedstawić go rodzinie i znajomym z Polski. I przy tej okazji ochrzcić i pozałatwiać wszelkie formalności związane z zarejestrowaniem w kraju jego przyjścia na świat. A poza tym, a może przede wszystkim? pojechaliśmy wybadać możliwości powrotu do Polski. 

Przed wyjazdem opowiadaliśmy Neli z kim będziemy się spotykać, a nasza kosmopolityczna córka zadawała ulubioną ostatnio litanię pytań: "A gdzie się urodził? A jakimi językami mówi? A jakie ma włosy i kolor skóry?" Na co, z małymi wyjątkami, prawie zawsze odpowiadaliśmy "W Polsce, po polsku, jasne, jasną" :).

Ambitny plan podboju był taki, że Grześ, mający już lekkie wyrzuty sumienia z powodu naszych rozlicznych tegorocznych wyjazdów i tym samym zaniedbywania doktoratu będzie pracował, a ja i dzieci będziemy udzielali się towarzysko. Skończyło się oczywiście przeładowanym "programem", dezorientacją dziatwy kto jest kto, wracaniem do domu po nocy i koniecznością odpoczynku (i zrzucania kilogramów) po takich wakacjach-niewakacjach. Czyli, jak zawsze podczas corocznego pobytu w Polsce.

Rachunek sumienia po wyjeździe: strasznie tęsknimy za naszą rodziną i znajomymi, ale musimy unikać spotkań z kafkowską panią z urzędu stanu cywilnego w Piasecznie, bo jak zimny prysznic gotowa popsuć idylliczną wizję naszej słowiańskiej ojczyzny.   
       

czwartek, 6 września 2012

Skaczemy po Stonehenge

... ale nie po prawdziwym, bo ten ogradza płot i popatrzeć można sobie jedynie z daleka. O wspinaniu czy skakaniu po monumentalnych, starożytnych kamieniach mowy nie ma, więc pozostaje zadowolić się zrobieniem fotki typu poglądówa:
 

Zarządzający monumentem National Trust tłumaczy ograniczenia koniecznością ochrony zabytku przed tłumami zwiedzających, bla bla bla.  Pewien artysta - Jeremy Deller, nota bene zdobywca prestiżowej nagrody Turner'a, postanowił z prawdziwie angielskim poczuciem humoru odnieść się do postawy NT, które odebrało społeczeństwu możliwości bezpośredniego kontaktu z jednym z najważniejszych symboli brytyjskiej kultury. Stworzył dokładną, gigantyczną, nadmuchiwaną replikę Stonehenge a la "bouncy castle", po której ma się rozumieć można skakać. Ku naszej radości nadmuchiwany Stonehenge miał przystanek w naszym pobliskim parku w ramach tournee po Wielkiej Brytanii. Nasza mała Świnka Peppa była w siódmym niebie.

Prawda, że podobny?



Tylko kolejka do nadmuchiwanego była dłuższa niż do prawdziwego Stonehenge!


Ale mimo to staliśmy w niej aż 2 razy. Skakanie okazało się wysoce uzależniające! A poza tym chcieliśmy poskakać w towarzystwie Tomka i Emmy, którzy podczas naszej pierwszej sesji tkwili w korku.




A po użyciu? Wystarczy wypuścić powietrze i spakować do ciężarówki.



Stonehenge był w Londynie jeszcze w sierpniu, a my nadrabiamy zaległości sprzed pobytu w Polsce.

Zdjęcia z Polski - w następnym odcinku. A jest kilka fajnych, np. Nelka kierująca traktorem :).

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Pozdrawiamy z upalnej Polski

Odwiedzamy, chrzcimy, załatwiamy i korzystamy z prawdziwego lata!

czwartek, 2 sierpnia 2012

Olimpiada w Londynie

Znajomi pytają nas jak mieszka się w Londynie podczas tegorocznych Igrzysk. Zbieram się wiec do tego posta od ponad tygodnia, ale ciągle nie mam wieczorem czasu, bo... a to oglądamy lekkoatletykę a to kibicujemy siatkarzom!

Olimpiadą Londyńczycy żyli już od wielu miesięcy. Z jednej strony miała przynieść miastu ożywienie gospodarcze i optymizm, z drugiej strony od dawna straszono nas, że stolica zostanie w trakcie zawodów zupełnie sparaliżowana. Dyrekcja nelkowego przedszkola miała nawet pomysł zamknięcia przybytku na czas Olimpiady, pod pretekstem: "przecież i tak nikt nie będzie mógł dowieźć dzieci". A na dodatek nie było wiadomo czy uda się dostarczać do przedszkola jedzenie... więc poproszono o ewentualne przygotowanie suchego prowiantu. W wyniku tej psychozy wielu Londyńczyków wyjechało z miasta, lub wzięło urlopy by nie stresować się dojazdem do pracy i opieką nad dziećmi. Z ruchu wyłączono ponad kilkadziesiąt mil dróg i przemianowano na "Games Lanes", żeby umożliwić sportowcom i ich ekipom płynne poruszanie się po mieście. Podobno pasy z olimpijskimi kółkami są puste... ale ja nie wnikam. W każdym razie, miał być paraliż - a nie ma. Miały być tłumy w metrze - a powiedziałabym, że jest luźniej niż normalnie. Miały być suchary na lunch - a jest to co zwykle.

Samo miasto przesiąknięte jest atmosferą Olimpiady, kolorowe koła i różowe logo "London 2012" pojawiają się wszędzie: od fasad budynków w City, po stacje metra, most Tower Bridge do butelek soku pomarańczowego. Niesamowite jest to, jak sprytnie organizatorom udało się wkomponować obiekty sportowe w architekturę Londynu. Jeździectwo odbywa się w parku Greenwich, siatkówka plażowa na Horse Guards Parade, a triatlon w Hyde Park'u. Nie zabrakło też prawdziwie angielskiego poczucia humoru, jak dla mnie zdalnie sterowane mini transportujące oszczepy to rewelacja ;). W wielu miejscach miasta ustawiono telebimy zachęcając do wspólnego kibicowania, a w każdym pubie głowy piwoszy skierowane są w stronę telewizora. Na ulicach i stacjach wprost roi się od olimpijskich wolontariuszy, którzy udzielają zagubionym przyjezdnym wszelkich informacji związanych z zawodami. A nasze miasto w jakiś magiczny sposób wchłonęło tysiące dodatkowych turystów i gości. Atmosfera w Londynie jest naprawdę wyjątkowa. Olimpiado trwaj! 

Nietuzinkową i jakże brytyjską ceremonią otwarcia Igrzysk w reżyserii Danny'ego Boyle'a zachwyceni byli chyba wszyscy (z wyjątkiem lewicowych bloggerów zarzucających Boyle'owi uprawianie historii selektywnej...). Niestety tylko nieliczni szczęściarze wylosowali bilety (nam się nie udało), więc zasiedliśmy przed ekranem komputera (bbc wszystko transmituje online) a na kulminacyjny moment sztucznych ogni wyjrzeliśmy za okno - nad naszym pubem widać było łunę ze stadionu i filmujący cepelin! 


Oczywiście następnego dnia na Facebooku nie mogło zabraknąć komentarzy na temat naburmuszonej miny Królowej Elżbiety, w rodzaju:


Kupienie biletów na Olimpiadę nie było łatwym zadaniem. Po pierwsze trzeba było mieć sporo szczęścia, a po drugie sporo gotówki. My zgłosiliśmy się po bilety na wiele dyscyplin, ale początkowo wylosowaliśmy ... figę z makiem. Dopiero w którejś z licznych serii "rzucania" biletów na internetową ladę, udało nam się nabyć 4 sztuki na zawody w kajakarstwie górskim. Puste miejsca w częściach dla VIPów są chyba największą porażką organizatorów. Ale do rzeczy, o owym slalomie na kajakach nie mieliśmy bladego pojęcia, na szczęście podstawowe zasady nie są skompilowane: wygrywa ten kto przepłynie trasę wyznaczoną bramkami w najkrótszym czasie; zielono-białe bramki pokonuje się z prądem, czerwono-białe pod prąd; za dotknięcie bramki dolicza się karne 2 sekundy, a za ominięcie aż 50 sekund.    

Nasza rodzinka w drodze do Lee Valley White Water Centre. Na miejscu było prawie tak jak na lotnisku - trzeba być na 2 godz przez rozpoczęciem zawodów a wszystkie torby były skrupulatnie prześwietlane. Poważna sprawa.


Tor w Lee Valley - prawie tak jak spieniony jak Nil w Ugandzie! Ach te wspomnienia!


Wyciąg kajakowy :). Start i metę dzieli 5.5 m różnicy poziomów.


Zawodnicy przed startem dokładnie analizowali fale i wiry - Polka Natalia Pacierpnik, zajęła w końcu 7 miejsce, choć prowadziła po półfinałach.



 A Polacy - Marcin Pochwała i Piotr Szczepański przypłynęli na 5 miejscu.



Złoty i srebrny medal w konkurencji C2 zdobyli reprezentanci naszej drugiej ojczyzny. Cały stadion ryczał w ekstazie podczas ich startów.

Wice-mistrzowie: David Florence and Richard Hounslow:



Największą kolekcję medali w tej dyscyplinie mają Słowacy, bracia bliźniacy Peter i Pavol Hochschorner, którzy byli faworytami ale w tym roku wywalczyli jedynie brąz. 

Ile wioseł trzyma zawodnik z przodu :) ?
 


Na koniec przed publicznością popisywali się kakarze free-style'owcy z Ugandy, którzy swoje umiejętności ćwiczą na kataraktach Nilu.


Dzieciom, a szczególnie Neli podobało się... przez pierwsze 10 minut. No bo iloma przepływającymi kajakami można się podniecać, jeśli nie jest się prawdziwym fanatykiem tego sportu?


W przetrwaniu ponad 4 godzin zawodów pomogło Neli towarzystwo zapoznanego na trybunach kolegi i zapasy strasznie niezdrowych chrupek cebulowo-octowych, którymi karmili naszą dziatwę jego rodzice. Czasami trzeba zamknąć oczy...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...