środa, 13 czerwca 2012

Panama - Z dziećmi w ryczącym Czerwonym Diable

Diabeł Tasmański nie jest jedynym gatunkiem diabła zagrożonym wyginięciem. Dni występującego w Ameryce Środkowej, Czerwonego Diabła - Diablo Rojo, też są policzone. Przynajmniej w Panamie. Chcące modernizować kraj władze zapowiadają, że zamierzają pozbyć się kichających spalinami, panoszących się na drogach zatłoczonych, krnąbrnych Diabłów i zamienić je na ulizane, klimatyzowane i przestrzegające przepisów Metrobusy. Z jednej strony "cywilizowanymi" autobusami podróżowałoby się zapewne wygodniej i bezpieczniej. Z drugiej tęskniłoby się do jedynych w swoim rodzaju wrażeń dostarczanych przy każdym przejeździe Czerwonym Diabłem. Czyli starym autobusem pierwotnie przeznaczonym do przewozu uczniów amerykańskich podstawówek, przez turystów zwanego też. Chicken Busem. Jaka przyszłość czeka Diabły - czas pokaże.

Zarobek panamskich kierowców (którzy też maja w sobie coś z diabła...) i ich pomagierów wiszących w wiecznie otwartych drzwiach (tzw. pavos) zależy od liczby przewożonych pasażerów. Więc w celu ich przyciągnięcia upiększają oni swoje maszyny ozdabiając karoserię przeróżnymi malunkami od wizerunków świętych, poprzez rodzinę, aż po scenki science-ficition i "gołe baby" (stąd przydomek Czerwone Diabły). Modne jest też przyczepianie wszelkich spoilerów, antenek, frędzli, pomponów i płetw. Natomiast w nocy, każdy szanujący się Diabeł migocze kolorowymi światełkami i oślepia okolicę stroboskopami. W środku też jest równie fajnie; imponujący system audio urozmaica drogę stłoczonym, spoconym, chcącym dojechać do domu ludziom najnowszymi kawałkami techno-latino. Po opuszczeniu tej dyskoteki przed oczami latają kolorowe kółka a w uszach dzwoni przez kolejną godzinę.

Wydawałoby się, że w tych warunkach dzieci powinny płakać całą drogę, a jednak to właśnie z przejazdem Diabłem wiążą się chyba moje ulubione wspomnienia z wyjazdu. Po całym dniu podróży z Boquete, ostatni, wieczorny odcinek Ciudad de Panama-Gamboa musieliśmy przejechać Chicken Busem. Tłok był taki, że w rzędzie siedziały po 3 osoby, na moich kolanach leżał jeden z naszych plecaków, a na dopiero na nim usadowiona była Nelka, której jako dziecku miejsce nie przysługiwało. Muzyka waliła z głośników, stroboskopy oświetlały przylegającą do drogi czarną dżunglę na sino-biały kolor, a nasza córka, siedziała z rozwianymi włoskami na plecaku i zamiast jęczeć - prawie cały czas się śmiała. Grześ i Olaf zajęli strategiczne miejsca z tyłu przy dużym plecaku, a ten ostatni mimo nadmiaru bodźców i muzy na full, zasnął. Wspaniałe mamy dzieci i równie fajnie dzielić z nimi leniwe chwile na plaży jak i męczące godziny w ryczącym Diable :).     

Cierpliwie czekamy na autobus - na zdjęciu zmieścił się cały nasz dobytek. Niemniej, przystanek to europejskie pojęcie względne, na trasie Chicken Busa wsiąść i wysiąść można praktycznie wszędzie, przez co podróż trwa dużo dłużej niżby to sugerowała pokonywana odległość.


Na dworcach tłumy podróżnych szturmowały autobusy bez względu na kolor, oprawę muzyczną czy ilość antenek.



Nasze dzieci w brzuchu Diabła - Nela ćwiczyła znajomość literek a Olaf, jeśli mógł, podróżował luksusowo w swoim foteliku samochodowym.



Osławione panamskie Czerwone Diabły we własnej osobie.





poniedziałek, 11 czerwca 2012

Panama - Mrówki pod parasolami

Co jedzą te mrówki?


Macie już pewnie podejrzenie, że jest to pytanie podchwytliwe, bo gdyby konsumowały ten liść, który widać na zdjęciu, to bym nie pytała :).

I rację macie. Będąc w Kostaryce i Panamie często spotykaliśmy w dżungli tych małych, zdeterminowanych rolników, którzy pokonają każdą przeszkodę by donieść swój kawałek liścia do mrowiska. Liście te, po przeżuciu służą im bowiem do uprawy grzybów, którymi się żywią. No i zagadka rozwikłana! Mrówki grzybiarki parasolowe (leafcutter ants) tworzą jedne z najbardziej złożonych społeczności w świecie zwierząt. Oprócz królowej, rodzącej zatrważające ilości jaj dziennie, występują jeszcze 4 typy mrówek, różnych rozmiarów, które specjalizują się w uprawie grzybów, cięciu liści, ich noszeniu lub obronie kolonii. Za każdym razem gdy naszą ludzką drogę przecinała mrówcza autostrada, po której pracowici tragarze nosili liście, nie mogliśmy oderwać od nich oczu, mimo zagrożenia ze strony małych ale silnych szczęk ochraniających konwój mrówek-żołnierzy.

Skok nad mrówcza autostradą - przemierzając kilometry swoimi mikro nogami grzybiarki wydeptują w dżungli naprawdę pokaźne ścieżki.


Mrówka-hippis z różowym liściem.


Grzybiarki w akcji.


niedziela, 10 czerwca 2012

Panama - Błotem do wodospadów w Boquete

Po tropikalnych temperaturach w Bocas del Toro urządziliśmy sobie drastyczną zmianę klimatu jadąc do miasteczka Boquete, położonego u stóp wulkanu Baru. Kostiumy zamieniliśmy na windstoppery, a krem do opalania na ciepłe czapki. Tym razem trek na wulkan był dla naszej ekipy poza zasięgiem, więc wybraliśmy się na krótszą, ale całkiem fajną wycieczkę do trzech wodospadów (The Waterfall Trek).

Mglisty las w Boquete, czyli orzeźwiający spacer w permanentnej mżawce.


Spora część szlaku wiodła błockiem, przed czym przestrzegano nas w agencjach turystycznych, w których próbowaliśmy się dowiedzieć czegokolwiek o dostępnych i otwartych trasach. Informacja turystyczna jest bowiem usytuowana dogodnie poza miastem, żeby żaden naprzykrzający się turysta nie miał szansy do niej dotrzeć. Znaleźliśmy za to bardzo przydatną stronę o trekach w okolicach Boquete.

     
Nela była zachwycona ilością błota na szlaku, więc prawie cały czas szła sama.


Wodospady całkiem ładne i zdecydowanie mniej turystyczne niż w Kostaryce.



piątek, 8 czerwca 2012

Panama - Eko eko, czyli dzieciaki sprzątają Carenero

Panama i Kostaryka są w porównaniu do wielu innych odwiedzonych przez nas krajów miejscami raczej czystymi i eko-uświadomionymi. Przyzwyczailiśmy się, że nawet najtańsze hoteliki sortują śmieci, na plaży stoją osobne pojemniki na szkło, papier i plastik a w toaletach wiszą prośby by z papieru toaletowego korzystać z umiarem.


Ale widok grupy bosych dzieciaków uzbrojonych w worki i zbierających śmieci na wysepce Carenero, to już było za wiele! Byliśmy w szoku. Czyżby oddolna inicjatywa najmłodszych? Poczuliśmy wstyd, że sami nie drałujemy z workami nad Tamizą...   

Okazało się jednak, że to jakaś organizacja charytatywna urządziła na Bocas del Toro to wielkie sprzątanie w Dniu Ziemi. A jak udało im się zmotywować dzieciaki do zbierania puszek, torebek, butelek, starych klapków i innych nikomu już niepotrzebnych odpadów? W zamian dostawały wodę, jedzenie i lody. Z naszych obserwacji, mieszkańcom wysp się nie przelewa... więc takie proste nagrody przyciągnęły chyba wszystkie szkraby z sąsiedztwa. 

Rodzice ma się rozumieć, obserwowali pracę swoich pociech popijając piwko na werandach domów. Bo na piwko jakoś zawsze starcza kasy.

Plakat akcji.


Dzieciaki.







 Oprócz dzieci w obiektyw wpadły nam panie w różach.




I uśmiechnięci plażowicze.

środa, 6 czerwca 2012

Panama - Zabawka w podóży: kokos

W naszą 4 tygodniową podróż po Kostaryce i Panamie wzięliśmy dla dzieci tylko kilka zabawek. Dla Neli – ukochanego misia, książeczki, kredki, zeszyt oraz nożyczki, dla Olafa – gryzak i książeczkę. Pomijając fakt że, spakowaliśmy się minimalistycznie i na zbędne rzeczy nie było miejsca, stare zabawki jak wiadomo szybko się nudzą. Znamy Nelkę nie od dziś i wiemy, że najlepszej rozrywki dostarczają jej obiekty wielofunkcyjne i występujące obficie... w przypadku Ameryki Środkowej - kokosy.

Kokosy świetnie się sprawdzały w roli wiaderek i foremek na plażach. Udawały piłkę, którą rzucaliśmy w wodzie i mimo swego kulistego kształtu służyły za deskę surfingową. Fajnie się je bujało w hamaku, a jeszcze fajniej bujało się razem z nimi.

Na jednej z plaż w Bocas del Toro, ulubiony w tamtej chwili orzech kokosowy Neli leżał sobie na piasku, podczas gdy my kąpałyśmy się w morzu. W pewnym momencie jakiś Niemiecki turysta potknął się o niego wchodząc do wody i ze złością cisnął go w zarośla. Schaisse! Jakież było jego zdziwienie gdy na ten widok Nela strasznie się rozpłakała wołając “mamo, on zabrał mój kokoooooooos”. Biedny poczciwy Niemiec tak się przejął, że niewiele myśląc wlazł w krzaczory i szukał dopóki nie odnalazł tego konkretnego orzecha. Nelka była rozpromieniona ale długo się dopytywała “ale dlaczego on wyrzucił mój kokos?”



Mleko kokosowe też niektórym istotom zasmakowało.


niedziela, 3 czerwca 2012

Panama - Chillout w Bocas del Toro

Z Kostaryką pożegnaliśmy się w Puerto Viejo i lokalnym autobusem ruszyliśmy przez terytoria Indian Bribri do Sixaloa. Gdzie po przekroczeniu ekscytującego dziurawego, drewnianego mostu nad graniczną rzeką, kontynuowaliśmy podróż minibusem do panamskiego Archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. 
 

Tam przez kolejne 3 dni środkami transportu stały się dla nas wszelkiej maści motorówki, łódki i stateczki... a podstawowymi zajęciami nieróbstwo i moczenie w morzu.



Podczas każdego kolejnego przejazdu utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że lokalni kierowcy motorówkowi zawsze chcieliby być o jeden szybsi niż pozostali. Na szczęście Olaf, o którego tolerancję na podskakiwanie, wiatr w oczy, chlapanie i walenie o fale najbardziej się martwiliśmy, okazał się nie zauważać niewygód i bawił się w najlepsze w swoim foteliku samochodowym. Usypiał też jeszcze szybciej niż zwykle, nawet mając na sobie zbyt dużą kamizelkę ratunkową, w której ledwo się ruszał.




Taaaak... nic dodać nic ująć.


Wielbicielami czysto plażowych klimatów co do zasady nie jesteśmy, ale z Bocas del Toro trudno było nam wyjechać. Zresztą z dwójką dzieci nie można o żadnym klasycznym wylegiwaniu na plaży nawet pomarzyć. A to trzeba wyciągnąć piasek z buzi młodszego, przewinąć, nakarmić, a to wysadzić drugie, wypsikać, zabawić, opatrzyć... lista "TO DOs" ciągle się aktualizuje i o prawdziwej nudzie nie ma mowy :). Ale wracając do tematu, szczególnie urzekła nas wysepka Carenero, która jest zdecydowanie mniej zabudowana i turystyczna niż największa wyspa, Colon. Zostaliśmy więc na nieplanowany dodatkowy dzień w uroczym hoteliku stojącym w morzu na palach. Przez szpary w podłodze naszego pokoju widać było pluskające się w turkusowej wodzie rybki.


Chillout na Carenero.




 Plażowanie - spragnieni słońca mieszkańcy Londynu.


Olaf był wtedy na etapie poruszania się wyłącznie do tyłu.


I jeszcze kilka fotek z kolorowych wysp.

 





piątek, 1 czerwca 2012

Olafowe nowości

Olaf kończy dziś 6 miesięcy i 1 tydzień! 


Po pierwsze, w paszczęce potomka dostrzegliśmy wczoraj rano świeżo przebite dolne siekacze, raczej krzywe.

Od kilku dni raczkuje już do przodu, ale na razie można go porównać do początkującego kierowcy próbującego okiełznać Ferrari. A to za mocno naciśnie gaz i wpada w poślizg lub zderza się z podłogą, albo zamierza wrzucić jedynkę a wskakuje wsteczny i upatrzona zabawka oddala się zamiast przybliżać. Determinacji i pogody ducha ma na szczęście dużo, więc mimo drobnych niepowodzeń codziennie robi postępy. Dzięki nowej umiejętności nie nudzi się już tak strasznie jak ostatnimi czasy (czytaj: nie jęczy) i zdecydowanie dłużej potrafi bawić się samemu. Może też wreszcie dojść do takich zakazanych owoców jak trawa, którą nagminnie zjada w parku, czy leżących na dolnej półce stolika starych gazet. 

Choć raczkowanie to ogromny krok milowy i przełom, Olaf opanował dodatkowo samodzielne siadanie i już pracuje nad kolejną umiejętnością, a mianowicie staniem. Jak zobaczyłam go próbującego podciągać się na dziecięcym foteliku, nie wierzyłam własnym oczom, ale on stękając i chwiejąc się walczył o osiągnięcie pozycji pionowej. Jak tylko złapie w swoje chwytne rączki jakąś pomagajkę, czy to mebel czy też inną osobę - natychmiast próbuje stanąć na nogach. Prawie za każdym razem dokłada nowy guz do kolekcji.

W kwestii spania, odnotowaliśmy zdecydowaną poprawę! Za radą doświadczonej mamy dwóch chłopaków - Cioci Joli, zastosowaliśmy wobec Olafa ciężki trening zasypiania i nasze życie nabrało nowych barw. Nie osiągnęliśmy jeszcze reklamowanych w książce rezultatów, ponoć gwarantowanych, ale liczymy, że to jedynie kwestia czasu. Ku naszej radości Olaf zasypia już zupełnie sam zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem, a niektóre jego drzemki osiągają zawrotną długość 2 godzin co do tej pory było jedynie w sferze marzeń i o czym z nieukrywaną zazdrością czytaliśmy na innych blogach :). W nocy Olaf stosuje jeszcze próby szantażu wokalnego (jakimś cudem nie budzi śpiącej za cienką ścianą Nelki) ale Grześ zawsze ze stoickim spokojem przekonuje go, że kuchnia wydaje posiłki dopiero od 6:30 a w nocy to się śpi.

Kontynuując temat posiłków, Olutek zdecydowanie woli karmić się sam niż przyjmować na pokład papki podawane łyżeczką, co jest może modne i fotogeniczne (każdy nowoczesny rodzic stosuje przecież BLW), ale generuje strasznie dużo pracy, bałaganu i prania. Nie marudzimy jednak na jego przedsiębiorczość i podtykamy coraz to nowe przysmaki: brokuły, chlebek, banany czy słodkie ziemniaczki. Pieczołowicie przygotowywanymi na parze przecierami mojej roboty ostentacyjnie gardzi, łaskawie zjada czasem sławetne tubki Ella's Kitchen, za które ktoś powinien dostać Nobla.

Nelunię kocha niezmiennie ponad wszystko i najchętniej by ją zjadł od włosów zaczynając. Ciągnie tą biedną siostrę tak niemiłosiernie, że potrafi wyrwać całą garść blond pukli. Jakimś cudem nie ma jeszcze podbitego oka a Nela dzielnie woła o pomoc zamiast samej wymierzać sprawiedliwość. Natomiast gdy dzieciaki razem się kąpią, wtedy dostaje się Olafowi. Jest oblewany wodą z konewki, dobrze jeśli ciepłą... i regularnie nurkuje gdy poślizgnie się, lub "poślizgną go" podczas raczkowania w wannie. Woda w oczach, uszach, buzi i nosie zupełnie go nie rusza. Z przyjemnością chłepcze ją prosto z wanny niczym mały piesek.  
   




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...