



A następny namiot będzie czarny, żeby rano było ciemno i sprzyjało długiemu spaniu.









I Neli i Grzesiowi udało się pogłaskać delfina pieszczocha, choć wymagało to nie lada umiejętności akrobatycznych. Starając się nie zwracać uwagi na wiatr i mżawkę, Grześ z 14 kg, zasikaną z podekscytowania Nelką na ręku, balansował na śliskich schodkach nie czując zdrętwiałych od lodowatej wody nóg i odpierał ataki tłumu innych chętnych do pogłaskania zwierzyny. Niektórzy "zwiedzający" wykazali taką chęć bratania z delfinem, że w niewielkiej ilości odzienia wskakiwali do owej lodowatej wody, potęgując uczucie zimna u innych. Delfin znosił to wszystko cierpliwie i nasyciwszy się pieszczotami, odpłynął w morskie głębiny gdzie żył długo i szczęśliwie. Od tej pory musimy ciągle opowiadać na dobranoc "Bajkę o Neli i delfinie" i już totalnie brakuje nam weny na kreatywną fabułę opowieści. 





Plaża - długa i szeroka.
Nela tym razem nie surfowała, ale jak zwykle bardzo zaabsorbowała ją zabawa mokrym piaskiem.

Tak naprawdę nie wiadomo jakie przeznaczenie miały owe "forty". Największy z nich, Dun Aengus, składa się z koncentrycznych półokręgów i jest pięknie położony tuż nad morzem.


Oprócz fortów, oczy cieszy też 1600 km prastarych murów usypanych z szarych kamieni.
Niedaleko wioski Eoghannacht stoją ruiny "Kompleksu 7 kościołów", ale mimo nazwy jest ich tylko 2. Zostały zbudowane w 5 lub 6 w.n.e. przez Św. Brecan'a. Dużo z nich nie zostało, ale zatrzymać się warto.
Atrakcją Aranów jest również oglądanie fok.

A jeszcze większą, głaskanie osła, bo foka tak naprawdę była strasznie daleko.

Mój sąsiad z lewej nagle wstał i a capella zaintonował lekko sprośną piosenkę o gladiatorze. Lubował się też w kawałkach gdzie on śpiewał zwrotkę a cała sala refren.
Z prawej miałam niesamowitą rodzinę - synkowie grali na tradycyjnych instrumentach irlandzkich - concertina (taka mała harmonia) i bodhran (bębenek z koziej skóry), a rodzice pięknie (i soczyście) śpiewali po irlandzku. Wszystkie dzieci były aktywnymi uczestnikami wieczoru, niektóre popisywały się grą na skrzypcach, inne na gitarze jeszcze inne wystukiwały coś jednym palcem na pianinie. Widać było, że często w czymś takim uczestniczą.






Popływamy tą łajbą z tektury
Na Mazury gdzie wiatr zimny wieje
Gdzie są ryby i grzyby i knieje!”
Od kiedy wyjechaliśmy do Londynu ponad 5 lat temu, nie udało nam się spędzić prawdziwych wakacji w Polsce. Kusiło wspinanie, narciarstwo i inne kontynenty, a nasze dotychczasowe wizyty w ojczyźnie były raczej ciężką harówką i opierały się na zarządzaniu skomplikowanym grafikiem spotkań z dawno nie widzianą rodziną i znajomymi. Tym razem postanowiliśmy inaczej podejść do rzeczy i w przerwie miedzy ślubami i wizytami, wyskoczyć na kilka dnia na mazurską działkę z Babcia Basią i Dziadkiem Stefanem. I wilk syty i owca cała ... no możne trochę nadgryziona.
Nela przekonała się, że żeglarska szanta którą śpiewaliśmy jej w samochodzie to najszczersza prawda. Było i pływanie łajbą – a raczej kajakiem po pobliskim jeziorze Serwent, i kąpanie w lodowatej wodzie, wiatr, deszcz i słonce. Zgodnie z przewidywaniami huśtawkowa narkomanka nie chciała schodzić z hamaka bez względu na pogodę, ilość wybujanych godzin lub zawartość bielizny... i nieraz rozdzierający ryk zakłócał ciszę lasu, płosząc okoliczne ptaki. Zgłodniali leśnych przysmaków, przedzierając się przez chaszcze w towarzystwie chmar żarłocznych komarów zbieraliśmy grzyby (starczyło na jajecznice), jagody i poziomki.
Zachwycona Nela z Dziadkiem Stefanem na kajaku. Wnuczka została wyposażona w profesjonalną kamizelkę ratunkowa w razie wodowania... do czego koniec końców nie doszło.
A woda za ciepła nie była... przynajmniej dla niektórych.
Na grzybach - lipcowy prawdziwek!
Kije - im większe tym lepsze.
Hamaka nigdy dość, "mamo wyżej, wyżej, wyżej!
Obowiązkowe pieczenie kiełbasek w kominku - mniam.
A do tego udało nam się trafić na sezon czereśniowy - nigdzie na świecie nie ma takich czereśni jak w Polsce!
Wsuwałyśmy słodkie, soczyste czereśnie nawet podczas wieczornej kąpieli.
Nela kontynuowała naukę korzystania z nocniczka i kibelka z mieszanym skutkiem. Z reguły na sznurku suszyła się przynajmniej jedna para odzienia po wypadku.
Książki można też czytać tak po prostu - np. z Babcią na ganku.