Więcej info na temat Classics with my Baby.
A tu kilka fotek z wrześniowego koncertu na Bermondsey Street Festival - fajnie było spotkać inne Spring Chickens, część już z młodszym rodzeństwem.








Uff, jest klama!
Jeszcze tylko top-out i koniec.
Oblaczek i do góry.
A jaki tata dumny i zadowolony!
Staruchy też dobrze bawiły się w skałach.

A jak znudzi się wspinanie to jest tyle innych fajnych rzeczy do roboty. Można pobawić się liną.
Można poobserwować robaczki.
Można się pobujać. Zaraz zaraz, nie ma tu przecież huśtawek... ale co jest na końcu tej liny?
Zachwycone dziecko!
Agatko - ta uprząż to był naprawdę strzał w dziesiątkę! Wreszcie znaleźliśmy solidny, wysoki okap i Nelka latała przez dobre 40 minut zabawiając swoim rechotaniem wszystkich okolicznych wspinaczy.
Dzień w skałach jak wiadomo należy rozpocząć od kawy i rogalika.
W Harrisonsach można wspinać się z liną (ale jedynie na wędkę, bo tutejsze piaskowce są za miękkie na jakikolwiek sprzęt) lub boulderować. 

Nie ma to jak się powydurniać z Anią.
Uwielbiamy patrzeć jak bardzo nasza mieszkająca w bloku dziecina kocha przyrodę, a skały są fantastycznym miejscem do odkrywania jej w nelkowym tempie. Rozbijamy "obozowisko" w jedynym miejscu na dobre kilka godzin i nie trzeba jej wtedy pospieszać, żeby przestała zatrzymywać przy każdej kałuży, błocie czy kamyczku jak to ma w zwyczaju gdy się spieszymy i próbujemy dokądś dojść. Obudził się w niej pierwotny instynkt zbieracza i nie jest w stanie przejść obojętnie obok jakiegokolwiek obiektu, który mógłby się do czegoś przydać. Największą słabość ma do patyków, które rozdaje do niesienia pozostałym uczestnikom spacerów, gdy już sama nie jest w stanie unieść więcej.
Na drzewach i krzakach rośnie tyle skarbów, które należy pozbierać i włożyć do wiaderka.
Z zebranych własnoręcznie dzikich jabłek, kwiatów, żołędzi, jarzębiny, piórek, piasku i trawy, można "ugotować zupę dla wiewiórek".
"Mamo, tato zabierzcie mnie w skały!"
Oprócz pięknej scenerii, wspinania i natury, niewątpliwą atrakcją Harrisonsów jest też przejeżdżająca tuż pod skałami zabytkowa lokomotywa parowa.
Przedszkole mieści się w dwóch połączonych wiktoriańskich willach w samym sercu South Kensington, rzut kartoflem od Exhibition Road. Ale luksusów tam nie ma, wszystko jak to w starym angielskim domostwie - nadgryzione zębem czasu. Nie dobra materialne są tu wszakże najważniejsze. Istotne jest to, że są urocze panie, 3 na 11 osobową gromadkę (z tego jedna rodaczka Pani Magda) i bardzo sympatyczna dzieciarnia, w większości przychówek pracowników naukowych :). Nela jest na razie niepocieszona, że przecież zawsze wszystko rozumiała, a teraz mówią do niej jedynie po angielsku. Ale sądząc po tempie w jakim nauczyła się polskiego, myślę że szybko załapie. Jest coraz bardziej zainteresowana nowym językiem i ciągle się dopytuje "Mamo, a co to znaczy?", przy czym powtarza całe zasłyszane po angielsku frazy, a nie pojedyncze wyrazy. Robienie zdjęć innym dzieciom jest nielegalne, więc fotka z samą Nelą i zwierzakami.
Pierwszego próbnego dnia po przedszkolu teleportowaliśmy się w lata 70-te odwiedzając Wydział Matematyki Imperial College gdzie studiuje Grześ. Zarówno fasada jak i wnętrza oraz wyposażenie budynku mogłyby bez dodatkowej charakteryzacji stanowić plan filmowy "40-latka". Jedynym co psuło efekt były laptopy i czajnik elektryczny, oraz ... studenci.
Co bardziej przedsiębiorczy doktorant wprowadza własne usprawnienia, np. podnosi zbyt niskie biurko na cegłówkach. Cóż za piękny laminat na podłodze!
Nelka szybko stwierdziła, że "na uczelni jest straszne nudno", więc zostawiłyśmy tam tatę żeby porozwiązywał sobie jakieś wzory złożone z samych robaczków, a same udałyśmy się do pobliskiego Hyde Park'u na lody.
Temperatura 29 C w październiku zdarza się w Londynie nieczęsto, więc cały dzień korzystałyśmy z pięknej pogody. Ach jakby to było cudownie gdyby tak ciepło i słonecznie było przez cały rok, a przynajmniej w lato! Bawiłyśmy się na trawie, przez półtorej godziny obserwowałyśmy parkowe ptactwo w jeziorku Serpentine i brodziłyśmy w fontannie.
Trzymajcie kciuki żeby stan "podoba się w przedszkolu" trwał!
Na szczęście wspinanie w alternatywnym rejonie - The Cuttings, do którego idzie się szeroką płaską alejką, bardzo przypadło Ani do gustu, a Grześ jakoś przełknął rozczarowanie zmianą planów. Walcząc na którejś z dróg Ania zaliczyła tak efektowny lot, że siedzący obok nas wspinacze płci męskiej z uznaniem stwierdzili "If I had a fall like this, I'd shit myself!". Ania ma się rozumieć była bardzo dumna z takiego komentarza wspinaczkowej młodzieży :).
The Cuttings ma również tę miłą cechę, że jest gdzie schować się przed deszczem jak późno-wrześniowa pogoda wróci do normy...
... oraz oferuje obfitość naturalnego pożywienia. Trzydniowy wyjazd upłynął Neli pod znakiem opychania się jeżynami, od których gałęzie aż się uginały. Szybko nauczyła się, jak wyglądają i smakują dojrzałe owoce, więc można ją było zostawić samą sobie i patrzeć jak zadowolona buzia robi się coraz bardziej fioletowa.

Nela zupełnie spontanicznie przychodzi poprzytulać się do "dzidziusia" i posłuchać co tam wyprawia w brzuchu. I choć z reguły cierpliwości starcza jej na w porywach 3 sekundy, zawsze zapewnia że czuła jak bobasek kopie i coś do niej mówi. Np. że chciałby trochę mleka, albo że już się zrobił "średni" i chce wyjść.
Codziennie wieczorem w naszym obciachowym domku campingowym odbywały się sesje jogi :).
Trzeciego dnia dopadła nas słaba pogoda i deszcz. Zanim na dobre pożegnaliśmy Portland powrzucaliśmy jeszcze trochę kamieni do morza, pogapiliśmy się na kite-surfingowców i wind-surfingowców, którzy zdawali się zupełnie nie zauważać zimna.
A w drodze do Londynu odwiedziliśmy Monkey World, czyli coś na kształt ośrodka dla małp po przejściach.