sobota, 2 kwietnia 2011

Imprezka urodzinowa

Drugie urodziny ma się rozumieć zasługują na odpowiednią imprezę. Goście dopisali, więc w naszym małym M3 zrobiło się tłoczno i miło, a że była wśród nich nawet Babcia Ala z Ameryki we własnej osobie to już w ogóle rewelacja.

Wszystkim bardzo dziękujemy za przybycie i piękne prezenty!

Emma, Zeynep, Leyla, Shane thank you so much for visiting us and such a lovely gifts!
We're cooking a lot, serving lots of tea to the teddy bears and love the hippie cat book. Thank you!

Dziękujemy też za śliczne kartki i podarunki, które przybyły do Neli pocztą!

W ramach braku umiejętności robienia tortu upiekłam sernik malinowy :), który okazał się całkiem smakowity. Nela świeczki zdmuchnęła z zapałem ale tak się tym wszystkim podekscytowała, że zaczęła płakać i machać mamie łapskami przed twarzą (nie mówiąc o duszeniu) jak zaśpiewaliśmy jej "sto lat" i "happy birthday". Po chwili jej na szczęście przeszło...

Grześ jadł obiad z dziewczynkami ku uciesze reszty gawiedzi, która nie omieszkała jednocześnie dostrzec, że zdołał nałożyć sobie 4 solidne dokładki. Wiadomo, ci biedni wygłodniali studenci...

Popisy kulturystyczne Ani i Gosi.

Ewunia, z którą Nela 3 dni w tygodniu dzieli nianię Kasię. Czasem się kochają, czasem się tłuką, jak to przyjaciółki.

Leyla, Nela i pingwin.

Zeynep i Emma degustują urodzinowego Szampana.

A Ania testuje Neli keyboard.

A na żeby pomieścić te wszystkie prezenty, musimy chyba zmienić mieszkanie na większe! Szczęściara z tego buczka mruczka.

piątek, 1 kwietnia 2011

Nela ma 2 lata

Nela skończyła dziś 2 lata! Czas więc na krótkie podsumowanie ostatniego roku i kilka zdań o samej solenizantce.

Co porabiała przez ostatnie 12 miesięcy? Jaka jest 2-letnia Nela?

Sporo podróżowała, bo zabieramy ją ze sobą zawsze i wszędzie. Wakacje to dla nas fantastyczny czas żeby pobyć razem w ciekawych okolicznościach, włączyć ją w coś co kochamy. W siedzeniu w domu jesteśmy strasznie słabi, mamy bałagan, nie mamy telewizora, nie prasujemy i bez przerwy gdzieś nas nosi. W ten sposób w drugim roku życia Nela odwiedziła: Włochy, Belgię, Tunezję, Francję, Armenię, Górski Karabach, Turcję, Polskę, Szwajcarię i mnóstwo nowych miejsc w Anglii. Uczestniczy też w naszych aktywnościach sportowych, głównie boulderowaniu w plenerze i na ściance, pływaniu, a nawet narciarstwie zjazdowym (co prawda tylko kilka godzin, ale do tej pory wspomina :)).

Nauczyła się całkiem dobrze mówić po Polsku. Wyraża się coraz bardziej jak "duże dziecko", złożonymi zdaniami i czasem szkoda nam tych słodkich dziecięcych form jak "kóło". Na szczęście na pomidory nadal mówi "plumki" a na nosidełko "hop", które to już na stałe weszły do naszego języka. Oprócz opowiadania i komentowania świata na bieżąco ciągle też coś sobie nuci. Słowem, niezły z niej kaowiec.

Wie która ręka/noga jest prawa, a która lewa, ale nagminnie myli jej się zielony z czerwonym.

Jest niesamowicie kontaktowa, czuła i nastawiona na innych ludzi. Lubi być przytulana i całowana co bez ograniczeń ofiarowuje też innym. Przytula płaczące dzieci, tajemniczym zmysłem wyczuwa kiedy tata i mama potrzebują soczystego buziaka na poprawę humoru.

Z zabawek najbardziej interesują ją misie, maskotki i lalki, którymi niezwykle troskliwie się opiekuje. Czyta im książeczki, przebiera w swoje ubrania, trzyma na kolankach i układa do snu w swoim śpiworku. Bez przerwy podkrada misiaki małej Ewie (z którą 3 dni w tygodniu dzieli nianię). Ludkom Lego nadała imiona naszej rodziny, znajomych i bohaterów książeczek, mamy więc: "Tatę" (kaprawy ludek z zarostem), "Nelę" (młodziak w czapce), "Shane'a" (w białym kasku), "Babcię Alę", "Babcię Basię" (obie niestety siwe, Babcie prawdziwe prosimy o nie gniewanie się na Nelę), "Twardowskiego" (z czarnym wąsem) i "Policjanta" (jak sama nazwa wskazuje).

Ma niezwykle bujną wyobraźnię. Najlepsze pomysły przychodzą jej do głowy w wannie. Ostatnio wymyśliła na przykład Pana Trana. Na pytanie, "Nelusiu, czy już umyłaś się mydłem", odpowiedziała, "Nie, Pan Tran umył Nelę". Pan Tran, podobnie jak kiedyś sławetna dziewczynka co wszystko mogła Neli kupić pojawia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Raz mieszka na plaży nad Tamizą, raz w parku.

Jest uzależniona od książek i wiele z nich zna na pamięć. Nie umie jeszcze wyrecytować całych wierszyków, ale obie uwielbiamy bawić się we wspólną wierszykową sztafetę, jedną linijkę mama, kolejną Nela. I tak opowiadamy sobie o krasnoludkach, po raz enty przerabiamy dorobek Tuwima i Brzechwy. Czasami obraca się to przeciwko nam, bo Nela budzi się z płaczem w nocy i mówi, że "Nela wołała tatę, bo bała się wilka".

Modelem naszej rodziny tłumaczy sobie świat, zawsze jest więc Mama, Tata i Nela, lub Nele jeśli jest więcej dzieci. Opowiadając o swoim misiu stwierdziła "Tata tego misia ma na imię Grześ".

Spełnienia marzeń kochanie!

niedziela, 27 marca 2011

Mięczaki w Whitstable

Zgaduj-zgadula:

Żyją w morzu.
Rozmnażają się latem.
Nie są ani samicami ani samcami.
Siedzą schowane w muszli przyrośniętej do skał.
Wyglądają wysoce nieapetycznie a jednak całe rzesze turystów przyjeżdżają do Withstable aby wysiorbać je na surowo uprzednio skropiwszy solidnie cytryną.
Już wiecie?

Nie wszyscy przyjeżdżają nad morze, żeby jak niegdyś Rzymianie, zachwycać się smakiem mięczaków w słonej wodzie i preferują plażowe wykopaliska. Na nadmorską wycieczkę dzień trafił nam się wyjątkowo słoneczny, a osłonięci przed wiatrem drewnianym falochronem mogliśmy poczuć się jak na prawdziwych wakacjach w ciepłych krajach. Nasz falochron dzieliliśmy też z całą ferajną sympatycznych rodaków, którzy bardzo zaprzyjaźnili się z Nelą (co prawda raczej platonicznie, gdyż Nela zajęta głównie kopaniem w piasku i przekładaniem kamieni, była w swoim świecie). Dostała nawet od nich specjalną, ręcznie robioną sówkę-czapkę do jajek :). Dzięki!

Samo miasteczko Whitstable również okazało się urocze. Zwiedziwszy już mnóstwo nadmorskich kurortów angielskich spodziewaliśmy się typowego zestawu: szosa tuż przy plaży, molo z automatami do gry i strzelnicami gdzie za funta można powalczyć o koślawego misia, tandetne pamiątki i wyziewy z "fish and chips". A tu zostaliśmy mile zaskoczeni. Z powyższego odnotowaliśmy jedynie smażalnie, które co prawda serwowały porcje raczej głodowe, ale na szczęście znajdowały się w klimatycznych, starych pawilonach. Whitstable zachowało portowo-rybacki charakter, a na plaży słychać tylko niezakłócony szum morza.

Nie wiem czy pamiętacie z lekcji biologii, ale Brytyjczycy mają niższą naturalną temperaturę ciała niż pozostałe nacje. Dzięki temu mogą uprawiać sporty wodne w lodowatym Morzu Północnym przez cały rok.

Natomiast Grześ, nawet po 5 latach spędzonych na wyspie, niczym zwykły mięczak na plażę zakłada swoją nieodłączną puchówkę i wełnianą czapkę :).

Którędy do Londynu? Na zachód!

sobota, 26 marca 2011

Hall Place w marcowy weekend

Już od kilku weekendów słaba pogoda lub choróbska trzymały nas w okolicy domu, więc gdy w sobotę okazało się, że temperatura ciał i powietrza znośna, nikogo nie trzeba wieźć do przychodni czy szpitala, postanowiliśmy wyskoczyć na małą wycieczkę do pobliskiego dworu Hall Place. Pokaźnych rozmiarów rezydencja położona jest w południowo-wschodnim Londynie, tuż przy naszej wylotówce A2, więc praktycznie rzut beretem. Dwór tradycyjnie otoczony jest okazałym ogrodem z jeziorkiem i precyzyjnie przystrzyżoną trawą, po której biegają utuczone przez zwiedzających kaczki i gęsi.

Hall Place - skrzydło z szarego kamienia pochodzi z połowy 16w. a ceglane dobudowano 100 lat później

Ogrodnikom pałacowym nie da się odmówić kreatywności, oto imponujących rozmiarów szpaler krzaczorów powycinanych w różne godła i herby.

W środku starych sprzętów niestety nie ma (wolą ostatniej właścicielki sprzedano je na aukcji a dochód przekazano kościołowi). Można natomiast połączyć się węzłem małżeńskim w przestronnym holu i zwiedzić kilka wysoce losowych wystaw, np. gramofonów, strojów z czasów wojny czy nadrobić zaległości z historii i geografii kolonii brytyjskich.

Można też wyglądać za okno i mieć nadzieję na nieprzyłapanie przez ochronę.

Praktycznie każdy pałac czy muzeum w Brytfanii ma kącik lub pokoik specjalnie dla dzieci, gdzie dotykanie eksponatów jest wysoce wskazane. W Hall Place można było odrysowywać stare obrazki (podobało się), przebierać się w stroje z epoki ("nie chcesz") i szukać skarbów w szufladach (bardzo się podobało bo normalnie jest wysoce niewskazane).

Rodzicom w końcu udało się trafić kulką w miseczkę na końcu pałki, ale Nela ma przed sobą długą drogę. Zdecydowanie bliżej była pozbawienia się kulką przednich zębów lub nabicia guza.

Niby marzec, wilgotno i chłodno, a w ogrodzie już pięknie kwitły drzewa.

Nela jest zakochana w Mawglim z Księgi Dżungli (oczywiście w wersji kreskówkowej), ale jak przyszło do wiszenia na gałęzi, okazała się cykorem.

Gąski też ją niby interesowały, ale tata musiał być na wyciągnięcie ręki coby w razie ataku drobiowego uratować z opresji.

niedziela, 20 marca 2011

Ja po prostu niestety mam talent

Śpiewać każdy może,
trochę lepiej lub trochę gorzej,
ale nie o to chodzi
jak co komu wychodzi.
Czasami człowiek musi,
inaczej się udusi,
ooo

... i do tych należy Nelka. Muzykę uwielbia w różnych wydaniach, na szczęście oprócz ukochanych "dzieci siejeje", kolorowych kredek, jagódek i krasnoludków, które hipnotyzują ją na youtube'ie można z nią posłuchać całkiem dobrej muzy. Podoba jej się brzmienie trąbki Miles'a Davis'a i brzdąkanie na gitarze w wykonaniu Jose Gonzalesa. Zachwycił ją koncert Miriam i Amadou, niewidomego małżeństwa z Mali, które muzykuje między innymi razem z Manu Chao i podbiło już kilka kontynentów. A już zupełnie mnie rozczuliła kiedy którejś niedzieli przesłuchałyśmy razem calutką płytę "Koledzy" Maleńczuka i Waglewskiego.

Filmowanie naszej gwiazdy nie jest łatwe, bo jak widzi aparat/kamerę to natychmiast przybiega się obejrzeć.

MC Nela i "Old MacDonald had a farm"



I jeszcze nieśmiertelne "Jesteśmy jagódki".

poniedziałek, 14 marca 2011

Przewodnik po Southbank'u

Zdarza się Nelce usłyszeć pytanie: "Nela, a gdzie ty mieszkasz?"
"W miasteczku Lon-dy-nie", odpowiada wtedy z sobie właściwym przejęciem i szeroko otwartymi oczętami.

"Miasteczko" Londyn, ma ponad 7 milionów mieszkańców, czyli tyle co cała Szwajcaria, a dodatkowe kilka milionów dojeżdża tu codziennie do pracy, tudzież po lokalnemu "komutuje". Z uwagi na rozmiary miasta, jego mieszkańcy identyfikują się z reguły z jakąś okolicą, bo jak tu być myślicielem patriotą lokalnym takiego giganta? Naszym londyńskim podwórkiem jest południowo-wschodni brzeg rzeki. Dla początkujących piechurów oferujemy spacerek do mostu Tower Bridge, dla właścicieli brązowej odznaki PTTK do Tate Modern, a prawdziwych wyjadaczy zaganiamy nawet do samego Camden Town (16.2 km). Trasę wzdłuż rzeki pokonujemy często i chętnie, bo zawsze pozytywnie nas nastraja (chyba, że niektórzy marudzą w wózku, wtedy trzeba wbrew postanowieniom przekupić rodzynkami).

Co można po drodze zwiedzić? Zaczynamy od naszego starego Rotherhithe gdzie Isambard Kingdom Brunel wybudował pod Tamizą tunel w 1843r. Zachwyciwszy się osiągnięciami inżynierii wiktoriańskiej przyspieszamy kroku przechodząc przez dość szemrane Bermondsey i odwracamy wzrok gdy pod pubem pokolenia żyjące z zasiłków siorbią piwko bez względu na wiek i porę dnia. Na szczęście już niebawem naszym oczom ukazuje się ozdobny ruchomy most Tower Bridge i jeśli mamy fuksa to zobaczymy jak się podnosi dla przepływających jednostek. Cały czas możemy podziwiać śmigające po rzece statki, tramwaje wodne i motorówki, lub trafić na prawdziwy rarytas w postaci okrętu pełnomorskiego, wypełniającego calutkie pole widzenia. Wydając ochy i achy mijamy nowoczesną siedzibę burmistrza Londynu, zakotwiczony na stałe okręt wojenny HSS Belfast, jednym uchem słuchając koncertu odbywającego się w The Scoop. Z nostalgią spoglądamy na drugi brzeg gdzie majaczy 11 wieczna Tower of London, a nowoczesne wieżowce centrum finansowego City pchają się jej pod same mury. Następnie wyśmiewamy się z Amerykańskich turystów, którzy nagminnie mylą nieciekawy most London Bridge z Tower Bridge irytując tym Londyńczyków i podziwiamy rzymskie ruiny z katedrą Southwark w tle. Mając na liczniku 6 km marszu docieramy do przybytków kultury i terenu miejskich kuglarzy: National Theatre i Royal Festival Hall by zakończyć eskapadę przy olbrzymim "diabelskim młynie" The London Eye.

A jeśli komuś nie chce się łazić na piechotę albo mieszka daleko, to może zwiedzić zdjęcia.

Plaża nad Tamizą co prawda nie ma palm, ale ma za to pasjonatów piaskowych rzeźb.

Miejskie dzieciaki.

Sztuka uliczna.

Widownia.

Z dedykacją dla miłośników mostów.

Zmysłowa fontanna - oczu nie można oderwać od ponętnych pań!

Nela chce wszędzie chodzić "na nóżkach", ale z reguły w odwrotnym kierunku niż rodzice.

Jedną z metod motywowania dziecięcia do obrania pożądanego azymutu jest nagradzanie jej "kręciołem".

A dla zmęczonych piechurów - Dim sum. Nela lubi dobrze zjeść, szybko nauczyła się obsługiwać dziecięce pałeczki i chińskie pierożki pochłaniała z nami "łeb w łeb".

niedziela, 27 lutego 2011

Chrzan w oku, muchomory w brzuchu

"Nela ma chrzan w oku" oznajmiła mi Nela w środku nocy, gdy poszłam ją uspokoić. W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, "chrzan w oku? kochanie, chrzan jest w lodówce. jest noc, śpij już" wymamrotałam pół-przytomna, bo Nela częściej niż zwykle urządza nam ostatnio nocne manewry. Kilka dni wcześniej przy kolacji tata jadł ostry chrzan, który Nela zapragnęła powąchać od czego zakręciło ją w nosie, więc pomyślałam, że pewnie coś związanego z tą przygodą jej się przyśniło. Ale kiedy rano wstała z zaczerwienionymi, spuchniętymi i zaropiałymi oczami, po raz kolejny stwierdziłam, że musimy bardziej kreatywnie słuchać naszego dziecka.

Od tygodnia chrzanu już nie ma, ale za to "Nela ma muchomory w brzuchu"... Boże, kiedy ta zima się skończy? Jak nie urok to sraczka, jak nie sraczka to przemarsz wojsk. Na gil do pasa i kaszel nie zwracamy już nawet uwagi, na chrzan w oku są kropelki antybiotykowe. A na "muchomory w brzuchu"? Szczególnie w połączeniu z 40 C gorączką i biegunką? Według ostatniej pani doktor, tylko paracetamol, chłodzenie, woda i cierpliwość. To może chociaż pastylki na cierpliwość mi pani przepisze?

poniedziałek, 21 lutego 2011

Rodzinne rytuały

Każda rodzina ma swoje zwyczaje i rytuały. My lubimy w sobotę na śniadanie robić razem naleśniki z owocami, dżemem i bitą śmietaną, albo jajka na miękko, które niestety praktycznie zawsze wychodzą albo zbyt glutowate albo na twardo :). Ścięte białko i płynne żółtko po latach nieudanych prób nadal pozostają w sferze marzeń. Śniadanie, śniadaniem, ale najważniejszym rytuałem weekendowego poranka jest "uciekanie" podczas ubierania i paradowanie po domu na golasa. Oczywiście, nie my z Grzesiem biegamy, a nasze potomstwo. Nelka, jak tylko pozbędzie się piżamki i pieluszki ogłasza z uśmiechem "Nela golaskiem jest" i w stroju Ewy biega zachwycona od swojej sypialni, do kuchni i z powrotem. Ubieranie trwa w nieskończoność, ale jak nigdzie się nie spieszymy to zupełne nam ten nelkowy naturyzm nie przeszkadza.

Pół-golas w swojej meksykańskiej spódniczce.

czwartek, 17 lutego 2011

Nelkowe pogaduchy

Już jakiś czas temu przestałam liczyć i spisywać słowa, którymi Nelut operuje, bo bym cały dzień musiała z kajetem i długopisem biegać. Pi razy oko szacujemy, że jest ich kilkaset a pogadać można z nią naprawdę o wszystkim. Buzia otwiera jej się rano symultaniczne z oczami i cały dzień nadaje. Często przypominają jej się różne historie, np. jak tata musiał w basenie w Turcji nurkować po mamy okulary, bo zrobiły "plum", albo jak oglądała w szwajcarskim muzeum rycerzy w zbrojach. O czym by nie opowiadała, zawsze robi to z ogromnym zaangażowaniem, skupieniem i przejęciem. A przed oczyma Nelkowej wyobraźni ewidentnie odgrywają się opowiadane sceny. Pamięta różne drobiazgi i detale historii sprzed kilku miesięcy, a niedawnym rekordem było rozpoznanie czegoś czego nie widziała od sierpnia 2010. Gawędzimy sobie też na różne tematy bieżące: o tym, że tata jest na uczelni i lubi liczyć, o panach robotnikach wymieniających na naszej ulicy rury, o koparce której zrobiła się dziura w oponie, o motorkach przed którymi "obroni" Nelę "duży i silny" tata, czy też o nurkowaniu z mamą na basenie.

Orłem z gramatyki jęz. polskiego Nela na razie nie jest, ale jak na kogoś kto urodził się niecałe 2 lata temu, podstawowych 3 czasów używa w miarę nieźle a przez przypadki tak uroczo i kreatywnie odmienia, że co i rusz tworzy jakieś nowe formy. Na razie nie mówi o sobie w 1. osobie, tylko w 2. lub 3.: "Nela chciała kąpać się" lub "Nie chcesz jeść". Tak nam się to spodobało, że sami pozwalamy sobie na niewinne "chcesz" tu i tam.

Ku uciesze niektórych sceptyków, zaczęliśmy uczyć Nelę podstawowych zwrotów typu "poproszę", "dziękuję", "nie, dziękuję" i "przepraszam". Wbrew zapewnieniom bardziej doświadczonych rodziców, że to zdecydowanie za wcześnie na taki grzeczności, Nela jak najbardziej umie je wykorzystać. Oczywiście nie zawsze i w zależności od tego jak bardzo czegoś chce. "Poproszę" praktycznie zawsze jej się przypomina kiedy widzi jak ktoś je kawałek czekolady, albo niechcący ją ignorujemy i nie zauważamy, że coś chce. A dziś położyła mnie na łopatki kiedy zakończyła sesję cymbałkowo-tamburynową odkładając na miejsce pałeczkę z komentarzem "nie, już dziękuję" :).

Pogaduchy z Nelą:

"Nela, jemy kaszkę?"
"Nie chcesz kaszuni..."
"A co byś chciała zjeść na śniadanie?"
"Karczochy"

"Chcesz pojechać na spacer wózeczkiem?"
"Nie chcesz"
"A czym chcesz pojechać na spacer?"
"Samolotem, trrrrr"

Złapać ją z kamerą jest bardzo trudno, bo zaraz chce sama nagrywać i się oglądać (o czym mówi na końcu filmiku), a o opowiadaniu na zawołanie nie ma mowy. Podkradałam się kiedy czytała książkę o smoku, który chciał porwać czarownicę i udało mi się co nieco utrwalić na filmie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...