sobota, 12 maja 2012

Nowa perspektywa

Jeszcze niepewnie.
Jeszcze zdziwiony nową perspektywą.
Jeszcze wywija orły.

... ale Olaf zaczyna siedzieć już zupełnie sam!


środa, 9 maja 2012

Kostaryka - Na plantacji kawy

Uwielbiam zaczynać dzień od kubka kawy, ale jako mama karmiąca powstrzymywałam się bohatersko od wzbogacania diety Olafa w kofeinowe mleko. Do czasu. W Kostaryce kawa jest taaaaak pyszna, że złamałam moje zasady. Różnicy w Olafowym zachowaniu i spaniu nie odnotowałam, więc piłam już potem bez wyrzutów sumienia :), oczywiście w małych ilościach.

Choć kawa pochodzi z Etiopii, w Ameryce Centralnej zadomowiła się na dobre, a szczególnie przyjemnie jej się rośnie w rejonach górskich: Monteverde w Kostaryce i Boquete w Panamie. W obu miejscowościach można zwiedzić plantacje kawy, a nawet uprażyć sobie własny kubek arabiki. 

Monteverde Coffee Tour okazała się nie być tym czego się spodziewaliśmy, w sensie 100% pozytywnym. Nastawiliśmy się na zwiedzanie czegoś w rodzaju "fabryki" kawy, a spędziliśmy przedpołudnie na malutkiej kawowej farmie w towarzystwie uroczego plantatora i jego córki, bez żadnych innych turystów. Joyce i jej tata opowiedzieli nam dokładnie o uprawie kawy, procesie zbierania, suszenia, łuskania i prażenia ziaren. Wszystkiego można było dotknąć, o wszystko zapytać, nie było żadnego "musimy się spieszyć bo po piętach już depcze nam kolejna grupa". Pod nogami plątała się tylko czarna sunia Sombra, z którą oczywiście Nela była zaprzyjaźniona już po kilku minutach znajomości. Na koniec wizyty usiedliśmy wszyscy razem na werandzie małego domku i wypiliśmy kawę zaparzoną przez naszego gospodarza z ziaren arabiki suszonych w kostarykańskim słońcu, zagryzając bananowym ciastem i gawędząc o życiu. Takie chwile mogłyby trwać wiecznie!

Kiełki i sadzonki kawowca.

 

Niedojrzałe owoce jeszcze na krzaku.

Dojrzałe i wysuszone na słońcu ziarna kawy.

 
Kawowa młócka.


Maszyna do oczyszczania z łupinek "na mokro"


Olaf był zafascynowany ziarnami.


Pyszna kawa na werandzie. Nawet Nela spróbowała :).

wtorek, 8 maja 2012

Posiłek w towarzystwie Olafa...

... wygląda ostatnimi czasy tak:


Daje nam chłopina do zrozumienia, że najchętniej zjadłby zawartość wraz z zastawą. Tata zlitował się więc nad synem, mimo że jeszcze nie ma przepisowych 6 miesięcy, i pod moją nieobecność nakarmił go marchewką z jabłkiem. Olaf był w siódmym niebie, szczerzył się szeroko po każdej łyżeczce mikstury i połykał z apetytem. Od tego czasu codziennie coś małego mu wpadnie na talerz, ale nie wszystko mu smakuje. Kaszką gardzi, preferuje owoce i warzywa.



niedziela, 6 maja 2012

Kostaryka - Leniwce

Turyści ze wszystkich kontynentów przyjeżdżają do Kostaryki z nadzieją zobaczenia egzotycznych zwierząt w nich naturalnym środowisku, między innymi leniwców. A wypatrzeć leniwca w koronie drzewa niełatwo. Bowiem, jak sama nazwa sugeruje, leniwiec ruchliwością nie grzeszy. Spędza żywot wisząc całymi dniami do góry nogami na wysokim drzewie. Podje trochę liści, podrzemie, poruszy palcem, znowu pośpi. Do toalety w poważnej sprawie udaje się leniwiec raz w tygodniu i właśnie wtedy jest najbardziej narażony na atak drapieżnika. Dlaczego musi złazić na ziemię i nie może tej swojej kupy zrobić z drzewa, nie wiadomo. Szczęśliwcom udaje się dostrzec zarys tego futrzaka gdzieś wysoko w koronach drzew lub, co bardziej prawdopodobne, zobaczyć jego słodkie oblicze w lornetce wynajętego za ciężkie pieniądze przewodnika. Jakie było więc nasze zdziwienie, i jaka radość, gdy po przyjeździe do Santa Elena okazało się, że najprawdziwszy leniwiec posila się właśnie na niskim, zakurzonym drzewie, za które nikt nie dałby złamanego gorsza, tuż przed naszym hostelem Cabinas del Pueblo! Sam hostel bardzo polecamy, tani, czysty i przyjemny, a właściciel - Freddy, gościnny, zawsze uśmiechnięty i pomocny.

Hostelowy leniwiec nr 1.
 

Hostelowy leniwiec nr 2.


Hostelowy leniwiec nr 3.




sobota, 5 maja 2012

Kostaryka - Kąpiel pod wodospadem

O tym co robić jeśli komuś w Kostaryce nadal jest za zimno pisaliśmy w ostatnim odcinku, dziś kontynuujemy temat kąpieli, tym razem chłodzących. Niedaleko La Fortuny, można popływać pod przepięknym wodospadem spływającym kaskadą w na tle dżungli.  

Wodospad La Fortuna. W tropikalnym lesie każdy centymetr gruntu, czy to poziomego czy bardziej pionowego, skalne skarpy, pnie drzew, kamienie, gałęzie - porośnięte jest roślinnością, mchem, porostami, naroślami czy grzybami. Gdzie nie spojrzeć, tam zieloność.



Dziadek Lech prezentuje temperaturę wody w jeziorku poniżej wodospadu, w którym rozgrzani spacerem turyści zażywają kąpieli.


Nelunia następna w kolejce...


Mi się upiekło, bo Olaf spał w chuście :). 

I jeszcze wodospad z bliska na koniec.

piątek, 4 maja 2012

Kostaryka - A jak komuś za zimno...


Choć wulkan Arenal nie jest już aktywny, w jego okolicy występują źródła termalne. Ponoć lecznicze. Więc jeśli komuś mimo tropikalnych temperatur nadaj jest zimno jak na przykład nam po angielskiej zimie, może zanurzyć się w wodzie o piekielnej temperaturze 67 stopni Celsjusza i to z widokiem na wulkan. Lokalne spa na szczęście oferują również kąpiele w niższych temperaturach, a najlepiej zaliczyć je po południu, gdy słońce nie praży już tak bardzo. Nam udało się psim swędem znaleźć spa dla kostarykańskich rodzin Termales Los Laureles, a nie klub dla bogatych białasów, których jest sporo blisko miasteczka, więc byliśmy z siebie bardzo zadowoleni. Mogliśmy się wygrzać za wszystkie czasy i podejrzeć jak Ticos spędzają czas.

Każda rodzina zajmowała swoją wiatkę gdzie można rozpalić grilla, popijać piwo, karmić dzieci i odpoczywać.

Do dyspozycji kąpiących było kilka basenów - od zimnych do ukropu, więc każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Ma się rozumieć mały Olaflinek w swoich granatowych kąpielówkach robił furorę. Bialutki, gładziutki i słodziutki niczym beza. A ja dawno się tak nie nagadałam po hiszpańsku gdy z każdym musiałam zaliczyć rozmowę: “a ile ma?", "a jak się nazywa?”, "que cosa tan preciosa!" "que lindo!"

Nelunia też bardzo dobrze się bawiła, szczególnie że zakumplowała się z dwiema kostarykańskimi dziewczynkami.

Impreza kąpielowa trwała również po zmroku, który zapada w Kostaryce bardzo wcześnie - o 19 jest już kompletnie czarno. Drugą strona tego medalu jest oczywiście świt w środku nocy, co nie sprzyjało przystosowywaniu się dzieci do nowego czasu. Pierwszej nocy wstały o 24, drugiej o 3:30 a kolejnej już o 5:30 co stało się normą do końca pobytu w Kostaryce.

Noc nocą ale "Sceny miłosne zabronione".

środa, 2 maja 2012

Kostaryka - Wulkan Arenal

Uporawszy się z wypożyczeniem samochodu (okazało się, że ten który zarezerwowaliśmy przez internet w firmie Dollar nie istnieje i trzeba obmyślić plan B) ruszyliśmy w towarzystwie babci Ali i dziadka Lecha na podbój Kostaryki.

4 dorosłym i 2 dzieciom najwygodniej było poruszać się samochodem, a nasz wehikuł 4x4 bardzo się przydał na wyboistych, gruntowych kostarykańskich drogach. Z początku baliśmy się czy podskakujący w swoim foteliku Olafinek nie będzie kategorycznie protestował przed takim traktowaniem, ale okazało się, że im większe wertepy - tym lepiej śpi.

Naszym pierwszym przystankiem było miasteczko La Fortuna i wulkan Arenal, który po gwałtownej erupcji w latach 60 tych przez całe dekady pluł lawą na prawo i lewo, ale niestety niedawno przestał. Niemniej, mimo że skromnych rozmiarów (1633 m n.p.m) Arenal jest wulkanem wypisz wymaluj więc mimo braku efektów świetlnych i dźwiękowych bardzo nam się podobał. Wspinaczka na wierzchołek była ze względu na wiek naszej ekipy niemożliwa (mam oczywiście na myśli babcię i dziadka :)), więc z daleka podzialiśmy świeże pola lawy pod szczytem. Wędrowaliśmy też przez piękną, otaczającą go dżunglę (o tej porze roku dość suchą, jak i reszta kraju) i skakaliśmy po starych lawowych kamieniach. Arenal był prawie tak fajny jak nasze wulkany ciastolinowe :).

Pod Arenal marsz - babcia ciągnie, tata pogania.

 Wulkan Arenal.

 Łazimy po starej lawie i podziwiamy otaczającą wulkan dżunglę.









Drzewo dinozaur.

 

wtorek, 1 maja 2012

Powroty, powroty

Wróciliśmy dziś z prawie 4 tygodniowej podróży po Kostaryce i Panamie cali, zdrowi, opaleni i wypoczęci. Olaf - sporo cięższy i dobre kilka centymetrów dłuższy, Nelunia - cała w rozdrapanych śladach po ugryzieniach żarłocznych tropikalnych meszek, z kołtunami na włosach i uśmiechem na twarzy. A my z Grzesiem, nie dość, że zrzuciliśmy po 4 kg nadmiaru tłuszczyku po-ciążowego każdy (Grześ zawsze solidarnie ze mną tyje...), to jeszcze pozbyliśmy się różnych nagromadzonych stresów i kamieni nasercowych. Niech żyją urlop macierzyński i studia doktoranckie! 

Jeszcze wczoraj ocieraliśmy pot z czoła spacerując wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a dziś po drodze z metra trzeba było założyć kurtki :(. Przez większość 10-cio godzinnego nocnego lotu z Panamy do Amsterdamu Nela zajmowała się dokazywaniem i budzeniem nas, więc była tak zmęczona, że wieczorem zasnęła podczas rozczesywania włosów (zapomniało się szczotki... i blondi nie widziała grzebienia odkąd babcia Ala wyjechała 2 tygodnie temu). Olaf również padł zmęczony, mimo że podczas większości lotu pięknie spał w swojej samolotowej kołysce budząc się tylko na uśmiechanie, przewijanie i karmienie. Ciekawe jak tym razem poradzą sobie ze zmiana czasu?

My tym czasem otwieramy piwko coby ułatwić trudny powrót do rzeczywistości. W międzyczasie już planujemy kolejny wyjazd :).



piątek, 27 kwietnia 2012

Pozdrawiamy z Panamy

Pozdrawiamy wszystkich z Panamy i przepraszamy za przestoje blogowe. Wracamy za kilka dni i już szykujemy nowe posty.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Nela ma 3 lata

3 letnia Nela jest wrażliwa, uczuciowa, szybka do szabelki, spostrzegawcza, gadatliwa, ruchliwa, zmienna. Jest typową emocjonalną ekstrawertyczką, jak się cieszy to na całego i cały świat o tym wie, a jak rozpacza to też nie w samotności. Ma świetny zmysł orientacji w terenie i poczucie humoru a'la Monty Python. Jednocześnie lubi żeby wszystko było tak jak zawsze i trudno jej przyzwyczaić się do zmian (bardzo przeżywa przejście do starszej grupy w przedszkolu - 3 latków). Ma fenomenalną pamięć i tysiąc pomysłów na minutę, a o każdym musi opowiedzieć otoczeniu. Kocha książki, misie, malowanie, ciastolinę i wycinanie nożyczkami. Lubi swoje imperialne przedszkole i zabawę z innymi dziećmi. Coraz więcej rozumie i mówi po angielsku, co sprawia jej wyraźną frajdę. Świetnie czuje się na łonie natury, im więcej piasku, muszelek, patyków i błota do zabawy tym lepiej. Nigdzie nie rusza się bez swojego czerwonego roweru, na którym śmiga jak stary wyjadacz. Potrafi być najfajniejszym i najsłodszym dzieckiem na świecie, ale w reprezentowaniu postawy typu rebel without a cause i doprowadzaniu rodziców do tzw. ostateczności też jest niezła. Kiedy włącza się rebel wszystko jest problemem, nie chce się ubrać, umyć zębów, zjeść śniadania, wstać z podłogi.

Nie da się z nią nudzić ani na chwilę :).

piątek, 30 marca 2012

Jak Olaf został bębenkiem

Zastałam Nelkę klepiącą Olafa po tyłku. Nie mocno, ale też i nie tak delikatnie jakby się należało 4 miesięczniakowi.

Mama (brwi zmarszczone) : Neluniu...
Nela (z miną niewiniątka) : Mamo, ja go nie biję, on przecież udaje bębenek!

Innym razem przyłapuję Nelkę wykonującą jakieś zamaszyste ruchy nad bratem.

Mama (mina pytająca) : Kochanie, co ty robisz?
Nela (zdziwiona) : Mamo, ja go tylko sprzątam!

Jedna ręka przytula, druga podszczypuje. Ot siostrzana miłość. Bo i Nelą targają skrajne emocje. Z jednej strony kocha brata i zawsze przynosi mu na pocieszenie swoje zabawki jeżeli płacze. Oddała mu nawet ukochany różowy kocyk i Peppę w chwili głębokiego kryzysu. Jeżeli jakieś ubranie lub buty robią się dla niej za małe, mawia "musimy to zostawić dla Olafka". Wpadła w czarną rozpacz gdy myślała, że zapomniałam zabrać Olafa z domu znajomych, a ja tylko chciałam najpierw spakować do samochodu wózek. Czasem zwierza się, że za nim tęskni i chce żeby się z nią bawił. Nie może się doczekać aż zamieszkają w jednym pokoju (a przynajmniej tak twierdzi). Z drugiej strony gotuje się w niej kiedy widzi jak go karmię czy przytulam. Nabrała martwiącego mnie nawyku zaciskania zębów i nerwowego wtulania się w nas. Z jej perspektywy to musi być naprawdę ogromna zmiana. Zawsze była w centrum uwagi, a tu nagle taki mały, łysy ludek się pojawia i zagarnia połowę rodziców.

wtorek, 27 marca 2012

Wagary

Wtorek, z okna widzimy City of London, wszyscy biegną do pracy, a my? Chodu w pod-londyńskie piaskowcowe skały Bowles Rocks :). Grześ na jeden dzień zapomniał o doktoracie, my z Nelą i Olafem odwołaliśmy nasze spotkania towarzyskie i zrobiliśmy sobie dziś najprawdziwsze wagary. W końcu taka pogoda to dla nas gratka: cieplutko, bezchmurne niebo i nic w oczy nie wieje. Ach grzech nie wykorzystać.

Marzec, a można już zrzucić koszulkę!

Nie wiem jak to jest, ale tachamy ze sobą coraz więcej rzeczy.

Nelunia cały dzień fantastycznie się bawiła i cieszyła wiosną. Najwięcej radości dostarczyło jej jak zwykle huśtanie na linie.

Tego samego nie możemy niestety powiedzieć o Olafie, który zamiast raczyć nas swoim pięknym uśmiechem, calutki dzień jęczał. Biedaczysko urodził się w listopadzie i słońce to dla niego na razie jakieś kuriozum. Grzeje toto i świeci. Wyrobi się mamy nadzieję, w każdym razie będziemy go przekonywać, że przebywanie na świeżym powietrzu to całkiem fajna sprawa.

poniedziałek, 26 marca 2012

Ciastolinowe wulkany

Ulubionym zajęciem Neli jest grzebanie w błocie, ale nie jesteśmy aż tak hippisowskimi rodzicami aby pozwalać jej się bawić nim w domu. Domowym substytutem błota jest więc własnej roboty ciastolina (masa solna), którą wyrabiamy na kuchennej podłodze wspólnie z Nelką. Nela sama odmierza ile mąki, soli, wody i oleju trzeba dodać i wszystko z przejęciem miesza. A następnie poddaje gotowy produkt różnym torturom. Kiedy już wszystkie złe emocje zostaną przelane na ciastolinę, robimy z niej różne figurki i kształty, od myszy albo Gruffalo po lodowce, czekoladki czy literki. Gotowe rzeźby ciastolinowe pieczemy w piekarniku aż wyschną. Po ich wystygnięciu następuje druga porcja zabawy - malowanie. Używamy najzwyklejszych plakatówek i cieliste kształty zamieniamy w ... kolorowe góry z lodowcami. Po takiej sesji Nelę trzeba oczywiście przebrać a kuchnię wysprzątać, ale dobra zabawa gwarantowana.

Ciastolina jest wspaniałym materiałem dla mających zapędy edukacyjne - można z niej np. zrobić wulkany.

Łączymy składniki.

Mieszamy.

Torturujemy.

Malujemy upieczone wulkany bladawce.

I gotowe. Ciastolinowe wulkany w komplecie z krepinową lawą :). Przyznam bez bicia, że Nelki jest fajniejszy - ten z lewej.

Przepis mamy oczywiście z internetu,:

1 szklanka mąki
1 szklanka soli
Niepełna szklanka wody
1 łyżka oleju

Pomieszać powyższe w tej kolejności, a rękodzieło piec w niskiej temperaturze aż do skutku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...